Sławne Czasy Roberta Onetwo

Slawne Czasy

Robert Onetwo

Rozdział XII

Po kolejnych kilku tysiącach kroków doszedłem do wielkiej, zupełnie nieoświetlonej sali. Chociaż Ziemiólwy podarowały mi nową świetlówkę, to jej poświata była zdecydowanie zbyt słaba, aby wystarczająco rozjaśnić tę obszerną jaskinię. Na szczęście po prawie dwóch dobach pod ziemią moje oczy były już przyzwyczajone do wszechogarniającego mroku. Wytężając wzrok, rozejrzałem się dookoła. Z początku nie dostrzegłem niczego, co mogłoby stanowić jakąś wskazówkę. Po dokładniejszym rekonesansie w rogu jaskini na podwyższeniu zauważyłem długi tekst runiczny wyryty na ścianie. Nie była to jakaś piękna płaskorzeźba. Znajdowały się tam jedynie kolejne rzędy run otoczone kołemi i innymi figurami geometrycznymi. Oczywiście bez pomocy Felka nie byłem w stanie zrozumieć przekazu tego starożytnego tekstu. Ślepy zaułek, droga prowadząca donikąd. Nieco zrezygnowany z braku innego pomysłu usiadłem na dużym kamieniu znajdującym się przed ścianą pełną run i począłem wpatrywać się w nieznane mi pismo. 

Po kilku minutach obraz zaczął się rozmazywać, a ja usłyszałem głos. Słowa, mroczne i posępne, wypowiadane były w języku polskim. Czy to Felek pomagał mi na odległość? A może to Kula Krwi potrafiła komunikować się podobnie jak Felek? Nie było jednak czasu na zastanawianie się, gdyż nie miałem wątpliwości, że głos mówi do mnie.

– Bestia wreszcie przybyła.

– Nie jestem bestią – odparłem po polsku.

– Sam nie wiesz, kim jesteś. Zarówno w tym świecie, jak i w twoich czasach każdy samoświadomy byt jest bestią. Duch jest zamknięty, zmuszony współdzielić ciało i umysł z bestią. 

Nagle na ścianie, gdzie jeszcze przed chwilą widniały nieznane mi znaki, zauważyłem, że runy zmieniają się na litery alfabetu. Już po kilku sekundach całą ścianę pokrywał kilkuwierszowy napis: 

 

Dusza na walkę jest skazana,

Choć walka ta z góry przegrana.

Bitwa ta to prastara Boska drwina. 

Test, próba, co umysł spina. 

 

Kto bestię w sobie czuje, lękać się może.

Kierujcie potok myśli po właściwym torze,

Bo strach bestię żywi, on ją kształtuje, 

Do kontroli teraźniejszości drogę toruje.

 

Kto świadom jest bestii i wszelkich jej mocy, niech lepiej ją zdusi, 

nie porzucając zupełnie, bo są takie chwile, gdy bestia wyjść musi. 

 

Gdy przeczytałem cały tekst, grota lekko się zatrzęsła. Jedyną oświetloną częścią jaskini był wielki kamień, na którym siedziałem, ale w mroku panującym poniżej dostrzegłem, jak rozsuwają się masywne kamienne drzwi, których wcześniej wcale nie zauważyłem. W głowie usłyszałem wolno recytowane słowa, tym razem z jakiegoś powodu wypowiadane po angielsku:

 

I am a demon,

I feel and I crave.

I am a demon,

I need and I rave.

 

I am rotted so deeply.

Am I really there?

If you think using words,

Who can truly tell?

 

Zza zamkniętych drzwi wyłonił się olbrzymi, ponadczterometrowy krokodyl. Nie był to jednak zwyczajny krokodyl, zamiast ogona z odwłoka wyrastał mu długi na pięć metrów wąż. Stwór ten rozejrzał się po jaskini i zaryczał wściekle. Pewnie go rozbudziłem i wpadł w furię. 

Miałem kilkadziesiąt sekund na wymyślenie planu, jak pokonać to monstrum znajdując się w ciemnościach jego własnej jaskini, w dodatku bez broni i bez wsparcia. 

Impulsywnie rozejrzałem się wokół, szukając miejsca, które mogłoby dać mi jakąś, choćby niewielką przewagę. Nie znalazłem jednak nic, co mogłoby mi pomóc. W zasięgu mojego wzroku znajdował się jedynie napis runiczny i średnich rozmiarów kamień ustawiony na środku jaskini. W głowie dalej kołatał mi się tekst, który dopiero przeczytałem. „Bo strach bestię żywi”. „Kto świadom jest bestii”. Przekaz tego tekstu przywołał do mego umysłu z prędkością fotonu wspomnienie z chaty staruchy. Skrzekliwa Sanoka powiedziała mi pewnego razu coś w stylu: właściwe oddychanie to nie tylko forma relaksu czy uzdrawiania, to także potężna broń w walce ze złem, bo uświadamia nam to, kim jesteśmy w tym świecie.

Dwugłowa krokodylowo-wężowa bestia była już tylko o kilka metrów ode mnie, gdy nagle poczułem, jak myśli błądzące w mojej głowie się uspokajają. Kierowany intuicją usiadłem na kamieniu z wyprostowanymi plecami i wciągnąłem lekko, ale głęboko powietrze do płuc, wpatrując się ze spokojem w nadbiegającego potwora. Widząc to, krokodyl przystanął, a swoje gadzie ślepia utkwił prosto w moich oczach. Żaden z nas nie mrugał. Wąż nie chciał się zatrzymać. Miał dookoła głowy kilkaset małych oczu, a w okrągłej szeroko rozwartej paszczy tysiące ostrych zębów błyskały, bo bestia czuła już krew potencjalnej ofiary. Wężopodobna gadzina rwała się do przodu, wijąc się przy tym chciwie na wszystkie strony. Znajdowała się już tylko o dwa metry od kamienia, na którym siedziałem, kiedy krokodyl wbił potężne pazury głęboko w ziemię. Wąż mimo wysiłku nie mógł przybliżyć się nawet o centymetr. Masywny krokodyl okazał się nie do przesunięcia. 

Dalej oddychając spokojnie, poczułem przypływ mocy. Wydawało mi się, że nawiązałem z krokodylem bardzo rzeczywistą więź. W tym momencie oświecenia zrozumiałem, że potwór to wewnętrzna bestia, o której mówił runiczny napis. Mój własny dwuczłonowy potwór charakteru. Krokodyl, choć dziki, brutalny i agresywny, jest stopiony z moim duchem w rozumie i moralności. Krokodyl jest tą częścią charakteru, która choć mroczna i przerażająca, poddaje się kontroli przy właściwym wysiłku. Wąż to demon, potwór niemający hamulców czy zdrowego rozsądku. Ta żądna krwi część bestii gotowa jest przejąć kontrolę, pochłonąć moją duszę, jeśli tylko zostanie dopuszczona dość blisko. W chwili kiedy ja doświadczałem rozjaśniającego samopoznania, wściekły wąż rzucił się na krokodyla, próbując go kąsać. 

Zaczerpnąłem powietrza, zamknąłem oczy i w blasku jasności wszedłem w ciało krokodyla. Jednym zdecydowanym kłapnięciem szczęk zmiażdżyłem głowę węża, tak że sam poczułem przeszywający ból. Kolejnym ugryzieniem odciąłem nieruszającego się już węża, tym samym pozbawiając krokodyla ogona. 

 

To heal the will 

I got to fade away.

To find a peace

I simply cannot stay.

 

Słowa te echem rozchodziły się po jaskini.

Wróciłem do swojego ciała, a krokodyl odwrócił się i zaczął cofać się do jamy, z której wyszedł. Dostrzegłem, że w miejscu jego ogona pojawił się teraz mały kilkucentymetrowy wąż. Najwyraźniej nie można całkowicie wyzbyć się demonicznych myśli i pokus, jedyna droga wiedzie przez trwały wysiłek marginalizowania ich wpływu na nasze życie.

Drzwi broniące dostępu do legowiska bestii na powrót zaczęły się zasuwać. W tym samym momencie kamień, na którym siedziałem, zadrżał gwałtownie. Zeskoczyłem z niego kilka sekund przed tym, jak pękł na dziesiątki części. Dostrzegłem ciemnoczerwone światło. Wewnątrz głazu, na którym jeszcze przed chwilą siedziałem, znajdował się okrągły kamienny blat z niewielką piramidą umieszczoną na środku. Na wierzchołku piramidy osadzona była Kula Krwi, wcale nie tak duża, jak początkowo zakładałem. 

Cały okrągły blat pokryty był tajemniczymi runami. Blisko krawędzi dostrzegłem niewielką wnękę, a w jej wnętrzu znalazłem zdobiony sztylet. Srebrzyste ostrze odbijało czerwoną poświatę Kuli. Na rękojeści został umieszczony znak białego orła. Nauczony doświadczeniem zacząłem wpatrywać się w nią. Już po kilku minutach runy zmieniły się w tekst, który byłem w stanie przeczytać: „Biały Orzeł przez czas poleci, gdy krew blask Kuli roznieci”. 

Czy muszę rozciąć sobie żyły? Miałem nadzieję, że to nie jest żadna forma czarnej magii. Choć często słyszałem o czarach w tym świecie, to jak dotąd nie miałem z nimi wiele do czynienia. Cóż, wyglądało na to, że nie miałem wyjścia, musiałem spróbować. Od początku mojej podróży błądziłem po tym świecie po omacku, starając się wypełnić powierzone mi zadania. 

Przesunąłem dłoń nad wierzchołek piramidy, przyłożyłem sztylet do nadgarstka i szybko wykonałem płytkie cięcie. Krew popłynęła gęstą strugą po piramidzie, wypełniając wgłębienia wyryte na okrągłym blacie. Usłyszałem posępny głos:

– Duchu czasu, teraz ty czyń ofiarę, zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Rozświetl mroki przyszłości. – Po tych słowach Kula zgasła, przez chwilę zapanowała ciemność, jednak bardzo szybko ujrzałem mojego najwierniejszego kompana. Felek jaśniejący intensywniej niż zwykle pojawił się znikąd, jak to miał w zwyczaju.

– Czyli jednak mnie nie opuściłeś?

– Cały czas byłem z tobą, ale niektóre momenty życia trzeba przejść w samotności. A teraz przygotuj się na długą podróż. Masz moją wdzięczność. Z twoją pomocą udało się zneutralizować Kulę Krwi, dzięki temu Aberhaniel raz jeszcze będzie mógł zakwitnąć swą Boską potęgą. Życiodajna energia Drzewa Życia wzmocni całą krainę w tym trudnym okresie. 

– Czyli trafiłem tu, aby uratować Aberhaniela? 

– Nie ma pojedynczego powodu. Wszystko jest całością. Wielu trafiło do nas tunelem, nikt jednak nigdy nie wrócił. To, co tu ujrzałeś, poczułeś i zrozumiałeś, pójdzie na zatracenie, jeśli nie uda ci się rozświetlić przyszłości, przygotować Przyślaków do kolejnego przesilenia. Pora na powrót do siebie. Rob pomógł Felkowi jego winę naprawić, Aberhaniela po dwóch tysiącach lat na powrót uzdrowić. Felek czuł, że jego misja z tunelem czasowym związana, choć nie rozumiałem, jaka będzie moja rola ani na kogo czekam. Chłoń wszystko, co ci się teraz ukaże, gdyż od czasu ważną lekcję dostaniesz. Widzieć będziesz więcej niż Felek, więcej niż ktokolwiek inny, ciężar to i odpowiedzialność. Niech czas popłynie.

Po tych słowach, nie dając mi nawet szansy na pożegnanie, Felek wskoczył w środek Kuli Krwi, która znowu zapaliła się na czerwono. Jedna podróż dobiegła końca, inna dopiero miała się zacząć.

 Ja sam opuściłem swoje ciało. Zmieniłem się w świetlistego białego orła. Usłyszałem powtarzające się słowa: „Historia człowieka na ciebie czeka, na ciebie czeka historia człowieka”, po czym pod postacią orła wleciałem w czerwony portal powstały z połączenia Kuli Krwi oraz Felka. 

Byłem duchem ogromnego białego orła. To nie był sen, raczej bardzo realna wizja. Potrafiłem odebrać więcej sygnałów, wychwycić inne warstwy rzeczywistości, nie będąc ograniczonym przez pięć ludzkich zmysłów. Czułem przepływ czasu tak, jak czuje się wiatr czy morską falę. Płynął on raz szybciej, raz wolniej, tak samo moja perspektywa ulegała ciągłym zmianom. Zdarzało się, że oglądałem z wysoka cały kontynent, trwając zawieszony w atmosferze niczym satelita, a następnie nurkowałem w dół przez czas i przestrzeń, aby z bliska zobaczyć kolejną scenę. 

Na samym początku obleciałem Ziemię kilka razy wkoło. Widziałem na planecie siedem świetlistych piramid zasilanych boskimi kryształami. Choć położenie i ukształtowanie poszczególnych kontynentów różniło się istotnie od wersji z XXI wieku, to jednak niezaprzeczalnie była to Ziemia. Na Oceanie Atlantyckim znajdowała się duża wyspa oddalona o kilkaset kilometrów od brzegu Afryki. Tereny obecnie zasypane gorącymi piaskami Sahary w tamtym czasie rozkwitały zielenią, zasilane licznymi rzekami, a w delcie Nilu znajdowało się miasto otulone świetlistą protekcją kryształu. Obleciałem Ziemię po raz kolejny. Ku mojemu zdziwieniu Antarktyda i Grenlandia również były zielone. 

Czułem upływ kolejnych lat, dalej obserwując wszystko z góry. W pewnym momencie czas zwolnił. Obserwowałem, jak na nieznanej mi wyspie położonej obok Afryki coś zaiskrzyło, okrągły portal zajaśniał szarą poświatą, a z jego wnętrza całymi hordami poczęły wylewać się pomioty ciemności. A więc wojna! Zachodnia Afryka i Półwysep Iberyjski zmieniły się w pole walki, czułem śmierć i cierpienie, moim orlim oczom ukazywały się batalie, w których Rasa wsparta odsieczą innych bytów stawała naprzeciw ciemności. Zobaczyłem wiele heroizmu i poświęcenia, widziałem wiarę i energię bijącą z armii jasności. A jednak zaskoczone siły światła pod przewodnictwem Rodu Rasy nie były gotowe na taki konflikt.

Bitwy nie były zacięte. Siły ciemności zmierzały od zwycięstwa do zwycięstwa, konsekwentnie posuwając się naprzód. Po długim i krwawym oblężeniu armie mroku zajęły Bastion Światłości – tereny dzisiejszego Egiptu, przejmując kontrolę nad Boskim Kryształem Wibracji. Zaraz po upadku miasta Rasy zielona piramida przestała zabezpieczać tereny zabudowań – Boski podarunek wpadł w niepowołane ręce. Kryształ szybko został przetransportowany na tajemniczą wyspę położoną na zachód od Afryki. Tam ponownie zajaśniał, zmieniwszy swą poświatę na sinogranatową. Mimowolnie służył teraz siłom zła. 

Mroczne świątynie wznoszone przez armie ciemności emitowały spaczenie, chmury gazu pożerały całą moc życia millenialnych lasów, w tym samym czasie zastępy potworów pustoszyły niziny. Doświadczałem przesileniowej klęski sił jasności. 

Moja perspektywa zaczęła się szybko oddalać. Ponownie ujrzałem Ziemię z daleka, zawieszoną w swym ciągłym spinie. Na horyzoncie kosmosu w moją stronę szybko zbliżała się żółtozłota planeta. To musiał być Światowid, nieuchronnie zmierzający w stronę naszego Układu Słonecznego. Bogowie musieli zawczasu dostrzec triumf sił mroku. Spodziewałem się, że zobaczę walkę, kontratak sił dobra. Myliłem się. Reakcja Bogów była szybka i zdecydowana, zrobili to, co musiało zostać zrobione, nie tylko by chronić swoją planetę. Stawką było bezpieczeństwo całej galaktyki. 

Ewakuacja była szybka i improwizowana, tylko kilka prowizorycznych statków kosmicznych Rasy wzbiło się z Ziemi w kierunku Światowida. 

Następnie ujrzałem zagładę. Bomba atomowa w swym blasku zniszczenia robi wrażenie, ale jest ona niczym niewielka petarda na tle tego, co wydarzyło się na Ziemi, gdy tylko ostatni statek Rasy opuścił atmosferę. W epicentrum Perunowego gniewu znajdowała się wyspa, z której swą inwazję rozpoczęły siły mroku. Pioruny eksplozji uderzyły w Ziemię, perfekcyjnie zsynchronizowane zatrzęsły całą planetą. Wybuchy wulkanów, fale tsunami, trzęsienia ziemi, tragedie następowały jedna po drugiej. W ciągu zaledwie kilku chwil całą planetę pochłonął chaos. Tajemnicza wyspa stanowiąca fortecę sił ciemności na moich oczach zapadała się głęboko pod ziemię, unicestwiona w Boskim gniewie. 

Gęsty pył, który wypełnił całą atmosferę, sprawił, że kula ziemska utonęła w ciemnościach. Światło pojawiało się tylko okazjonalnie, gdy na moment rozbłyskały pioruny szalejące na całym globie przez kolejne tygodnie. Promienie słoneczne z trudem docierały na powierzchnię planety, która jeszcze niedawno kwitła życiem i energią. 

Światowid wyruszył dalej w swą podróż po galaktyce, ale zanim Rasa Wielka opuściła orbitę ziemską, zauważyłem, jak niewielki statek ląduje na południowym kole podbiegunowym. Czyli Rasa Wielka nie straciła nadziei. Pozostawiła swoje nasionko. Czas pokaże, co z niego wyrośnie. Czas pokaże. 

Ziemia została sama, Bogowie zrobili, co mogli, by przywrócić zachwianą równowagę, nawet jeśli dla naszej planety oznaczało to wielkie zniszczenia i fale katastrof. Żywioły raz za razem zderzały się ze sobą, przez kolejne miesiące przyroda zatopiona w chaosie próbowała dojść do siebie. Jednak nawet naszej miłującej życie Ziemi nie było łatwo powrócić do stanu stabilizacji. Spokój pojawił się dopiero po upływie miesięcy wraz z gwałtownym ochłodzeniem. Kiedy kurz opadł, a wraz z nim spadła temperatura, ja również zacząłem gwałtownie opadać. Nadal byłem orłem, ale teraz znajdowałem się bliżej powierzchni ziemi. 

Nastała era mrozu. Okres przejściowy przesilenia powoli dobiegał końca. Teraz latałem kilkaset metrów nad powierzchnią, obserwując zaśnieżone terytorium. Czas pędził do przodu, a ja początkowo nie dostrzegałem zbyt wielu promyków nadziei. 

Wszystkie organizmy żywe, którym w swym pragnieniu trwania udało się wytrzymać walkę żywiołów, jaką na Ziemię sprowadzili Bogowie Światowida, teraz musiały stawić czoła nowemu przeciwnikowi – Dziadkowi Mrozowi. Lodowa czapa przykryła niemal całą kulę ziemską i było tak przez całe stulecia. Aż w końcu mróz odpuścił, zima zaczęła ustępować. Piękne rośliny, które jeszcze niedawno cieszyły me oczy i odżywiały powietrze, zniknęły. Przetrwały jedynie nasiona, to z nich odrodziła się flora po katastrofie. 

Część zwierząt i innych stworzeń również przetrwała. Jak? To już tajemnica życiodajnej Mokai, Matki Natury. Inaczej niż w biblijnej opowieści nie widziałem jednego Noego, muza przetrwania swoimi sposobami oddziaływała na przedstawicieli wielu różnych gatunków. Boska Światłość szeptała wprost do intuicji. Arki Przyrody w różnych formach wyłaniały się na wszystkich kontynentach. Życie chciało przetrwać tragedię, przekazać kod DNA dalej na przód czasu. 

Nagle moja wizja znów uległa gwałtownej zmianie. Zanurkowałem głęboko pod powierzchnię ziemi. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to właśnie tam najwięcej życia się uchowało, w tym ludzie gór. Poczciwe Przyślaki zaszyte w kopalniach drążonych na tyle solidnie, że część z nich nie zawaliła się nawet pod wpływem gwałtownych trzęsień, trwały przez kryzys w swych tradycjach i zwyczajach. 

Nie była to jedna odosobniona kopalnia, w swej wizji dostrzegłem kilka różnych nieświadomych siebie nawzajem cywilizacji podziemnych ludzi, którym udało się przetrwać. Były rozsiane po różnych częściach globu. Po kilkuset latach klimat zaczął się zmieniać, powoli powracał do stanu harmonii. Topniejące wody spływały do wnętrza ziemi, zalewając przy tym kopalnie ludzi gór. Niektórzy górnicy postanowili wyjść na powierzchnię i osiedlić się w nowym, coraz cieplejszym świecie. Pozostali uparcie kopali coraz głębiej poprzez kolejne warstwy skorupy ziemskiej. 

Dawni ludzie gór tysiącami przesiedlili się z kopalni na powierzchnię. Początkowo zamieszkiwali górskie jaskinie. Tylko nielicznym udało się jednak przystosować do nowych, nieszczególnie przyjaznych warunków na tyle szybko, by przetrwać. Ale przetrwali! Mimo wszystkich tych nieszczęść, tragedii, batalii i śmierci życie zwyciężyło i zachowało część swych dawnych form. 

Z upływem czasu nocne niebo stawało się coraz ciemniejsze. Promienie Wszechsłońca coraz rzadziej docierały na Ziemię i były skwapliwie wyłapywane przez naturę spragnioną energii. 

Przez następnych kilkaset lat małe społeczności ludzi wstawały z kolan, z kolejnymi pokoleniami prąc do przodu w niestrudzonym wysiłku przetrwania. Gdy obserwowałem z góry te cywilizacje, wydawały mi się one mało świadome. Miałem wrażenie, że wraz z kolejnymi pokoleniami zanikła cała wiedza o świecie sprzed katastrofy. Choć minęło niespełna dwa tysiące lat, zdawało mi się, że już tylko ja pamiętałem piękno poprzedniego świata. 

Moja perspektywa po raz kolejny zmieniła się na bardziej szczegółową. Mogłem obserwować ówczesnych ludzi i społeczeństwa w codzienności. Pierwotna agresja, kult siły, potrzeba dominacji zrodziły kulturę kontroli i wyzysku. Prości ludzie postawili na empiryzm i zatracili całą tę mistyczną moc, która była integralną częścią życia w przeszłości. 

W kolejnych wiekach rzeczywistość, którą obserwowałem, zaczęła szybko upodabniać się do świata znanego mi z historii. Początkowo zdarzało mi się jeszcze gdzieniegdzie dostrzec stwory, potwory, dziwaczne kreatury podobne do tych, które widziałem w trakcie swej podróży po przeszłości. Ale i one wymierały, nie mogąc dostosować się do trudnych i wymagających warunków. Bogowie wyniszczyli je niemal doszczętnie, a klimat wykończył niedobitki. 

A jednak nawet bez potworów zło kwitło. Udało się przetrwać niewielkiej grupie Szarych. Te przebiegłe kreatury nauczyły się upodabniać do ówczesnych ludzi i po raz kolejny zaczęły infiltrować, tym razem całkowicie nieświadome społeczności wczesnych cywilizacji. Za sprawą ich działań ciemność i mrok rosła nie w bestiach, ale w ludzkich sercach. Wiara, wiedza, świadomość, niegdyś stanowiące mechanizm obronny Rasy, u tych pierwotnych bytów były w powijakach.

 Większość istniejących cywilizacji nie miała czasu na mistycyzm, wgląd w siebie. Ludzie skupiali się na przetrwaniu. Prymitywna agresja popychała do licznych wojen. Byłem świadkiem tak wielu konfliktów, śmierci i zniszczenia. Widziałem to wszystko, choć nie chciałem, a jednak musiałem patrzeć. 

Mimo powszechności okrucieństw istniało jednak i dobro. Magia, moc i energia również przetrwały katastrofy. Choć na mniejszą skalę, to jednak tliły się spontanicznie w naturze i umysłach ludzi. 

Za pomocą nieznanych mi zmysłów zacząłem dostrzegać moc i energie, które nieużywane odkładały się w ziemi, wodach i skałach. Naraz cały ziemski świat wydawał mi się żyznym polem energii, a jednak tylko nieliczni sposobili się w świadomości pozwalającej zbierać te obfite plony. Czas pędził do przodu przez kolejne millenia, a ja powoli zacząłem rozpoznawać historie, które rozgrywały się na moich oczach. Starożytni Egipcjanie osiedlili się w delcie Nilu, zaraz obok Wielkiej Piramidy, która przetrwała kataklizmy oraz mróz, dzięki czemu teraz stanowiła jedną z ostatnich pozostałości po kulturze Rasy. Wiedziałem, czego mogę się spodziewać po ostatnich trzech tysiącleciach mojej podróży przez czas, a jednak i tutaj czekała mnie niespodzianka. Terytoria od Bałtyku do Adriatyku i Morza Czarnego tętniły życiem. Urodzajne gleby dawały schronienie wielu społecznościom. Nie było to spójne królestwo, nie była to oaza pokoju ani raj na ziemi, a jednak życie kwitło na terenach Międzymorza praktycznie od kiedy puściły śniegi.

Cywilizacja ta, nieoparta na niewolnictwie, odznaczała się sporą dozą niezależności. Mimo że ludzie w dalszym ciągu musieli radzić sobie z widmem śmierci, to jednak mieli czas i czuli się wolni. Jakże odmienne było ich życie od modelu powszechnego w XXI wieku! W moich czasach praca i obowiązki nierzadko zajmowały ludziom trzynaście godzin dziennie, a tysiąc pięćset lat wcześniej wystarczało tylko kilka godzin spędzonych na świeżym powietrzu, aby zapewnić sobie dostatnie życie w gronie najbliższych. Czy „postęp” to właściwe słowo na określenie ewolucji naszej cywilizacji?

 Śmierci, mordów, destrukcji, kontroli, wyzysku i niewolnictwa było coraz więcej z każdym kolejnym wiekiem, era mroku kwitła w swej degenerującej toksyczności. Doświadczyłem inkwizycji, widziałem okultystyczne rytuały masońskie. Byłem też świadkiem masakry dokonanej przez konkwistadorów. 

Cywilizacje wyszły z początkowego stadium pierwotnej różnorodności i zaczęły gwałtownie ewoluować. Ludzie mimowolnie lub nie upodabniali się do siebie nawzajem. Czy działo się to odgórnie, za sprawą władzy, czy też właściwości neuronów lustrzanych samoczynnie powodowały ujednolicanie się populacji, tego nie byłem pewien.

Następnie obserwowałem, jak jedna po drugiej wszystkie unikalne społeczności musiały wyginąć smagane chciwym batem kolonializmu. A potem przyszły dwie wojny światowe, dwie bomby atomowe. A jednak dopiero to, co zobaczyłem na końcu, było dla mnie bardziej zatrważające. Ujrzałem, jak z dekady na dekadę społeczeństwa zostają wyjałowione z duchowości. Od milleniów odczuwałem fluktuację poziomów energetycznych na planecie. Teraz moce nie były już osamotnione w eterze, ale raczej niezręcznie „wplecione” pomiędzy globalne społeczeństwo lat osiemdziesiątych XX wieku. Magia i moc zaczęły znikać z powierzchni ziemi w tempie wykładniczym. Energia eksplozji i powszechność emitowania fal na zbyt dużą skalę zachwiały równowagą energetyczną Ziemi, pozbawiając eter jego pierwotnych właściwości. 

Ujrzałem kulę ziemską jakby na zdjęciu rentgenowskim. Ze zdziwieniem zauważyłem, że Ziemia ma w swoim wnętrzu całkiem dużo pustych fragmentów. Nowoczesność wywarła silny wpływ na bieguny magnetyczne Ziemi, które zaczęły gwałtownie przesuwać się w stronę równika. 

W roku 2013 doświadczyłem czegoś nowego. Pierwsze promienie świetlistej mocy Wszechsłońca naszej galaktyki łaskawie spłynęły na powierzchnię ziemi, przesyłając życiodajną moc i energetyzując powietrze. Felek po raz kolejny musiał mieć rację, interpretując kalendarz dawnych Majów. 

Przedwiośnie wielkiego przesilenia zaczęło budzić nieświadomych ludzi, którzy sami nie do końca wiedząc dlaczego, coraz częściej poczeli zadawać istotne pytania. W sercach jednostek zrodziła się potrzeba poszukiwania głębszego sensu wykraczającego poza materialną gonitwę. 

Te ostatnie promyki światłości, okruchy nadziei pokrzepiły mego ducha na finiszu czasowej podróży. Choć przebudzenie społeczne nie było powszechne i dotyczyło tylko niewielkiego procenta ludzi, to jednak czułem, że każda dusza, która odnajdzie słuszny szlak przed kolejnym przybyciem Światowida, ułatwi Rasie Wielkiej podjęcie decyzji odnośnie do dalszych losów naszej planety.



Posłowie

Obudziłem się nieopodal szczytu Baraniej Góry. Miałem na sobie tylko mocno znoszone majtki, które jako jedyna część mojej garderoby przetrwały całą podróż. W jednej dłoni trzymałem zeszyt, a w drugiej portfel, wszystkie przedmioty zdobyte w przeszłości zniknęły. Kręciło mi się w głowie i byłem bardzo zmęczony. Dość szybko uświadomiłem sobie, że moja pamięć była bezbłędna. Czułem się tak, jakbym był autystycznym geniuszem. Pamiętałem zarówno swą podróż przez czas, jak i wszystkie przygody, które przydarzyły mi się w krainie przeszłości. 

Od razu wiedziałem, co muszę zrobić. Nie czekając, aż wspomnienia zblakną w mojej pamięci, wziąłem się do roboty. Przez następne trzy tygodnie byłem pochłonięty spisywaniem moich losów. Odrywałem się od pracy tylko po to, aby oddychać świadomie oraz spacerować po lasach. 

Choć nigdy nie dysponowałem szczególnym talentem literackim, starałem się wiernie, a zarazem barwnie odwzorować to, co widziałem, myślałem i czułem, będąc w czasach jasności. Jeśli ktoś z jakiegoś powodu poczuł się urażony, czytając moje wspomnienia, to jego problem. Ze swojej strony polecam nie trwać zbyt długo w negatywnych odczuciach.

Początkowo myślałem, że spisanie wszystkich moich przygód i doświadczeń wystarczy. W trakcie pracy nad tekstem znajdowałem się pod potężnym wpływem literackiej muzy, nawiedziło mnie wiele różnych przemyśleń dotyczących cywilizacji XXI wieku. Niektóre z nich z rozpędu również przelałem na papier. Intensywność niesamowitych wydarzeń, których byłem świadkiem, i możliwość duchowego doświadczenia zdarzeń z ponad trzynastu tysięcy lat zmusiły mnie do napisania czegoś jeszcze. Być może nie będzie to piękne językowo, a wielu, czytając poniższe fragmenty, wysunie istotne kontrargumenty. Mimo wszystko w niniejszym epilogu zdecydowałem się umieścić kilka tekstów, które postanowiłem niejako podłączyć pod treść książki. 

 

***

Jeśli na koniec mogę sobie pozwolić osobiście zwrócić się bezpośrednio do moich czytelników, to proszę o trwały wysiłek. Trwały wysiłek wglądu wewnątrz siebie. Rozwijanie samoświadomości, która z czasem pozwoli czerpać energię od kilku lat na powrót spływającą na Ziemię. Każda Wasza decyzja na osi moralnej pomiędzy egoizmem a oświeceniem będzie miała fundamentalne znaczenie dla dalszych losów ludzkości. Wojna przesileniowa jest nieunikniona, a front tej wojny każdy w sobie nosi. Bedę przeszczęśliwy, jeśli strony tej książki pomogą komuś z Was w wyborze właściwej ścieżki na trudnej drodze życia, gdzie często nie sposób zdecydować się na oczywisty scenariusz, a dobro przeważnie zmuszone jest nieśmiało ukrywać się pod parasolem mniejszego zła.

Wróciłem z baśniowej krainy, aby z całą mocą głosić istotność naszych przyszłych decyzji. Wiara, energie, duchowość, moc – wszystko na wyciągnięcie ręki spojone w Boskiej jedności. Nawet ci, którzy (podobnie jak ja jeszcze do niedawna) błądzą bezcelowo przez życie, mają szansę powrócić na drogę światłości. Po 21 grudnia 2012 roku szanse te są większe niż kiedykolwiek. Powtórzę przekaz Felka raz jeszcze, gdyż jest on istotny: Majowie nie przewidzieli końca świata, to błąd naszego rozumowania, Majowie obliczyli datę, po której wszechogarniający mrok stopniowo zacznie ustępować. 

Początek ery jasności wypadł akurat w trakcie naszej egzystencji. Jak wyzwalające było dla mnie uświadomienie sobie tego faktu. A jednak zanim zaczniemy się radować, przygotujmy swe dusze, umysły i ciała, bo najpierw wszyscy bez wyjątku zmuszeni będziemy podjąć walkę z wrogiem ukrytym głęboko wewnątrz nas samych. Z szarą bestią potrafiącą wykorzystywać narzędzia dostarczone przez technologię w celu przejęcia kontroli nad milionami nieświadomych umysłów. 

Tak jak mówił Felek, każdy równą walkę toczy, każdy po swojemu do pieca dobra dorzucić może. Duszek poświęcił swe istnienie, abym mógł podzielić się tym, co spotkało mnie w sławnych czasach. 

 

***

Są pytania, na które nigdy nie uzyskamy odpowiedzi, znacznie wykraczające poza ograniczone ludzkie predyspozycje intelektualne. Niezdolność do udzielenia odpowiedzi nie powinna jednak skazywać tych pytań na myślowy ostracyzm, wręcz przeciwnie. Samo zgłębianie problemu, syzyfowa próba udzielania odpowiedzi może prowadzić do filozoficzno-moralnego samodoskonalenia. 

W jaki sposób żyć? 

Jaki jest powód i cel naszej ziemskiej egzystencji? 

Jak dysponować świadomością? 

Czym w ogóle jest świadomość? 

Zakres możliwych odpowiedzi wydaje się nieograniczony. A jednak większość ludzi unika trudu, jaki niesie ze sobą próba poszukiwania odpowiedzi. Dlaczego? 

Duchowa bierność, zwierzęca pogoń za impulsami napędzana automatycznymi odruchami i rutyną. 

Dynamiczność i mnogość warstw rzeczywistości, w których rozgrywa się nasza codzienność, nie pozostawia jednostkom wiele czasu do namysłu i kontemplacji. 

Powielanie popularnych schematów społecznych utwierdza ludzi w słuszności własnych zachowań. 

Skąd ten owczy pęd w świadomości społecznej? 

Odpowiedź na to pytanie, nawet jeśli nie zmieni naszych zachowań i nie wpłynie na koryto intelektualne stale drążone przez nasze myśli, może pomóc nam uzyskać szerszą perspektywę. To pojedyncze pytanie może wystarczyć do obalenia iluzji nieomylności produkowanej przez nasze ego.

Podążamy za sygnałami generowanymi przez nasz intelekt w oparciu o zmysły. Dlatego właśnie traktujemy indywidualne pragnienia niczym wewnętrzne drogowskazy myślowe ukierunkowujące nasze życie, wyznaczające naszą przyszłość. To najbardziej oczywisty i popularny sposób na życie w XXI wieku. 

Odizolowanie się od tych zwodniczych bodźców może przynieść harmonię i wewnętrzny spokój powszechnie głoszone przez duchowych nauczycieli szczęścia próbujących odwrócić kierunek, w jakim zmierza cywilizacja, poprzez wskazywanie alternatywnych ścieżek dla poszukających wyjścia z cywilizacyjnego labiryntu. 

Jedna z nadrzędnych funkcji naszego intelektu wiąże się z jego lustrzaną naturą. Odbijanie, przenoszenie otaczającej nas rzeczywistości na nas samych oraz powielanie jej dalej. Społeczeństwu dorastającemu na duchowej pustyni, otoczonemu oceanem pragnień, niezwykle trudno jest oderwać się od cywilizacyjnego szumu. Automatycznie dostosowujemy się do gonitwy, często nie zdając sobie nawet sprawy, dlaczego bierzemy w niej udział. 

Odbijamy strach, ambicje, pragnienia, głupotę. Powielamy nie tylko czynności czy zachowania, ale także wzorce myślowe i emocje. To właśnie dlatego tak łatwo dziś sterować globalnym społeczeństwem za pomocą środków masowego przekazu. Jeśli większość ludzi zostanie zaabsorbowana jakimiś emocjami czy bodźcami, to będzie biernie oddziaływać na pozostałych, rozlewając swoje myśli nawet na tych, którzy nie doświadczyli manipulacji. 

Automatyczne ujednolicanie się społeczeństwa to proces ponadczasowy, który jednak od XX wieku gwałtownie przyśpieszył. Jako ludzie jesteśmy na niego z natury podatni, to nasza pierwotna cecha, dyspozycja mózgowa. Zazwyczaj sama świadomość tego, jak często działamy pod wpływem neuronów lustrzanych, wystarcza, aby zmusić się do bardziej świadomego kwestionowania własnych odruchów. Indywidualne ego często nie dopuszcza koncepcji społecznego ujednolicania myśli, wszak tak bardzo chcielibyśmy być niezależni i niepowtarzalni. Dlatego już samo uświadomienie sobie i zaakceptowanie tej cechu umysłów wymaga sporej dozy pokory własnej. 

Dawkowanie emocji za pomocą medialnych menzurek stwarza sytuację, w której jednostki rozdziela jedynie kokon ich wcześniejszych doświadczeń. Daje to poczucie personalizacji teraźniejszości, gdyż dociera ona do naszej świadomości, przechodząc przez pryzmat indywidualnych doświadczeń. Jednak wszystkie te jednostkowe strumyki stapiają się w jedną rzekę zmierzającą w tym samym kierunku – ograniczenia wolności i niezależności. 

W młodości myślałem, że konflikt, rewolucja, może wybudzić ludzi z letargu, pobudzić ich do szukania nowych ścieżek i nowej jakości człowieczeństwa. Obecnie, po tym czego doświadczyłem, zdaję sobie sprawę, że tylko cud miłości, a nie konflikt mógłby zatrzymać tę spiralę upadku, na której się znajdujemy. 

 

***

Z mojej podróży wysnułem dosyć przygnębiające wnioski. Ujrzałem na przestrzeni kolejnych wieków, że choć historia człowieczeństwa po ostatniej wizycie Światowida była niezwykle bogata i zróżnicowana zarówno w czasie, jak i w przestrzeni, to jednak zdecydowana większość cywilizacji zawsze kręciła się wokoło różnych inkarnacji bardzo podobnego modelu społecznego. 

W każdej społeczności zazwyczaj wcześniej niż później kreowała się grupa ludzi żądnych władzy, uzależnionych od sprawowania kontroli. Te jednostki nawet w niesprzyjających warunkach zdrowego systemu szybko torowały sobie drogę do celu, na wyżyny piramidy społecznej – nawet po trupach. Ludzie spragnieni władzy wyruszają na szczyt piramidy z powodu własnych żądz i pragnień. A im dłużej kroczą tą drogą, tym bardziej zdeterminowani i bezwzględni się stają. 

Drugi filar społeczności stanowią masy. Wewnątrz wszystkich cywilizacji w każdym pokoleniu znajdzie się wielu ambitnych, gotowych do nauki i rozwoju, lecz będą oni postępować jedynie według zastanych zasad ściśle narzuconych im przez ludzi u władzy. Statyczni z natury, nie rozumieją potencjalnych alternatyw, nie myślą o tym, jak mogłoby być w innym systemie, innym modelu społecznym, są zbyt zajęci swoim prostym celem – realizacją pragnień i ambicji według obecnie panujących reguł. Zależy im głównie na życiu w spokoju i dostatku. Nie uzmysławiają sobie, jak wielki wpływ społeczeństwo wywiera na obywateli. Przez wrodzoną awersję do podejmowania inicjatyw skazują się na konformizm zastanego świata. 

Jest wreszcie trzecia grupa, buntownicy, którzy są niezadowoleni z własnej egzystencji. Starają się zmienić społeczność, tak by odpowiadała ich własnej koncepcji sprawiedliwości. Liczebność tej grupy społecznej waha się znacznie, zależnie od okoliczności, w jakich wychowują się obywatele. Abstrahując od liczebności buntowników, są oni niemal zawsze grupą wewnętrznie rozdartą przez wielorakie teorie i koncepcje najlepszych recept na ulepszenie zastanej rzeczywistości. 

W większości sytuacji historycznych grupa buntowników, mimo że zawsze obecna, przeważnie nie dysponowała narzędziami pozwalającymi na nawiązanie rywalizacji z elitami u władzy, dlatego też ich najpewniejsza droga do zmiany wiodła przez rewolucje. Czyli umiejętne przekonanie do słuszności swojego stanowiska konformistycznej masy społecznej, co skutkowało przewrotem militarnym.

Obecnie nikt nie bierze pod uwagę krwawych rewolt. Wszak mamy demokrację, która z pozoru powinna świetnie sprawdzać się przy egzekwowaniu woli większości. W rzeczywistości daje ona niezwykle uprzywilejowaną pozycję elitom chcącym utrzymać się przy władzy. Doświadczenia poprzednich wieków jasno demonstrują, że jawne, agresywne zwalczanie rewolucjonistów jest bezcelowe, a nawet szkodliwe dla władzy. Nie jest wielkim odkryciem, że dostarczanie opinii publicznej męczenników przysparza rządzącym coraz więcej przeciwników. Dlatego od czasu zakończenia drugiej wojny światowej prym wiodą inne sprytne techniki unieszkodliwiania przebudzonej części społeczeństwa. Najefektywniejsze z nich to marginalizowanie, szufladkowanie, rozpraszanie. 

Władza ma świadomość, że w realiach naszego świata rewolucjoniści są niegroźni tak długo, jak długo nie uda im się przyciągnąć uwagi tłumu – zainteresowania ze strony opinii publicznej. Umiejętne sterowanie populacją konformistów szybko stało się podstawowym narzędziem stosowanym w celu zachowania ciągłości władzy. Dlatego polityka w XXI wieku stwarza jedynie pozorne zmiany i sztuczne animozje między partiami obecnymi w kontrolowanym medialnym obiegu. Programy konkurencyjnych partii, choć oddolnie, programowo mogą różnić się diametralnie, wszystkie zbiegają się w dokładnie tym samym punkcie. Na szczycie piramidy rządzenia, gdzie wszyscy gracze kierują się podobnymi, podłymi motywami. 

Moja własna chciwość to pragnienie uwolnienia ludzi od jarzma kontroli, a to nie może rozpocząć się na drodze politycznej rewolucji. Nawet jeśli ta nieprawdopodobna rewolta porwałaby społeczeństwo i zakończyłaby się sukcesem, to finalnie prędzej niż później obróciłaby się jedynie w inną formę kontroli. Dlatego nie wydaje mi się, aby w obecnym społeczeństwie jakakolwiek ogólnokrajowa formacja polityczna mogła faktycznie poprowadzić ludzi na właściwą ścieżkę. 

Jedyna słuszna władza stwarzana jest wewnętrznie w ramach małych społeczności, zdolnych samodzielnie rozwiązywać swoje problemy. Każdy kolosalny narodowy czy globalny ustrój skazany jest na porażkę, gdyż w przyszłości rządzący będą powieli błędy swych poprzedników.

 

*** 

W jaki sposób władza rozprasza społeczeństwo?

Władza nigdy w dłuższych okresach nie oddaje swych narzędzi kontroli, wręcz przeciwnie – stara się powiększać pulę własnych możliwości. Im mniej wolności, tym większa frustracja narasta w dwóch grupach będących graczami życia społecznego. W dostatecznie długim okresie tego typu narastające niezadowolenie zawsze prowadzi do erupcji w postaci rewolucji. W naszych czasach dynamika społeczna uległa zmianie, siła wytwórcza rośnie wykładniczo. Technologia jako panaceum na wszelkie boleści raz jeszcze przybywa z pomocą, zapewniając obywatelom nieustanne nowości, na których mogą ogniskować swoją uwagę, usuwając w cień ich potrzebę wolności. 

Władza, zawsze o krok lub dwa spóźniona w kwestii kontrolowania technologii, dopasowywania jej do własnych ram, pozwala ludziom spragnionym zmian na łapanie coraz to nowych technologicznych bryz wolności, potęgując ekscytację iluzją rozwoju i postępu. 

Pozostaje zastanowić się, czy tego typu model społeczny wyklarował się przypadkiem, czy też jest to kolejna, niezwykle przebiegła forma formatowania społeczeństwa. Galopujący postęp neutralizuje grupy przebudzonych jednostek, zapewniając im coraz to nowsze formy technologicznych rozrywek i atrakcji oraz pozwalając im tymczasowo egzystować poza granicami kontroli. Na tyle, by zaspokajając własną potrzebę wolności, nie przejawiali inicjatywy do dzielenia się swą potrzebą zmian z grupą konformistów, którzy przeważnie nawet nie zdają sobie sprawy ze stopnia kontroli, pod jaką egzystują. 

Zamiast nieustannie doskonalić się w zaborczej ekspansji świata zewnętrznego, spróbujmy wniknąć w siebie samych. 

Zachowajmy na tyle świadomości wartości moralnych, aby w porę wyeliminować ciemność, która zawsze będzie w pobliżu gotowa, by nas omamić. 

Przez lata dorastania nikt nas nie nauczył – nasze dzieci też nie dowiedzą się tego w szkołach – że dzięki właściwemu oddychaniu mózg działa jak akumulator pochłaniający energię Ziemi i kosmosu, zasilając nasze duchowe zdolności. Możesz to zignorować i trwać w pogoni za impulsami zmysłowymi, jeśli taka twoja wola. Ale ja zachęcam, by każdy podjął próbę poszerzenia swojej percepcji, nie ograniczając się do empirycznego realizmu. Dlatego właśnie uważam ćwiczenia oddechowe za fundamentalnie istotne na właściwej ścieżce. Czy można kroczyć w stronę dobra bez treningu oddechu? Oczywiście, niezaprzeczalnie. A jednak zalety ćwiczeń oddechowych są wartościowe na wielu płaszczyznach, same ćwiczenia zaś wymagają od nas jedynie samozaparcia i konsekwencji, gdyż najlepsze efekty pojawiają się dopiero po kilku tygodniach regularnych kilkunastominutowych ćwiczeń.

Możemy szukać wymówek, jest ich tak wiele, że jest to rozwiązanie łatwe i wygodne. Ale prawda jest brutalna. Tylko od Twoich indywidualnych akcji zależy, czy staniesz się portalem przedwiecznej energii dobra, czy też aktywnie lub mimowolnie posłużysz jako wylęgarnia mroku. 

Choć w dalszym ciągu nie jestem tak dobrym człowiekiem, jak chciałbym być, to jednak nie ustaję w wysiłkach, próbując przeskakiwać coraz to nowe przeszkody i wypatrując dobra we wszystkich lekcjach Boga Jedynego. 

Wyjątkowość łaski, jakiej doświadczyłem, dodaje mi miłosierdzia. W podróży przez czas obserwowałem tak wiele konfliktów, że jestem pewien, że droga dobra, droga zmiany nie może prowadzić przez krwawą rewolucję. 

Mam nadzieję, że również czytelnicy sami dojdą do podobnych wniosków, bo tylko miłosierdzie może rozproszyć mroki nieustannych decyzji życia codziennego. Wydaje mi się, że jeśli otrzymaliśmy jako istoty świadome dar rozumnego intelektu, to powinniśmy wykorzystać go, aby przejść dalej, na wyższy poziom, a nie zamykać się w labiryncie zmysłowego świata.

Szacunek dla rytuałów i tradycji może być studnią siły, jednak nigdy nie warto przedkładać pustych gestów ponad prawdę, symboli ponad rzeczywistość.

 

***

Jeżeli ktoś z czytelników chciałby poczuć energetyczną namiastkę mojej podróży przez czas, to mocno zachęcam do spędzania pełni księżyca za dnia lub też w nocy na szczytach gór. To nie musi być Giewont. Każdy, kto ŚWIADOMIE spędzi czas na wierzchołku (lub w jego mniej wietrznej okolicy) w dniu pełni księżyca, ten będzie miał okazję doświadczyć działania mocy pozytywnej wibracji. 

Weźcie namioty, parawany, instrumenty, jedzenie, jeśli taka wasza wola. Ale przede wszystkim udajcie się na szczyt, by bez wyznaczonego celu spędzić czas, czując energię rzeczywistości. Spotkajmy się w miłości, wolni od etykiet, zawodów, przesądów. Cieszmy się darem odczuwania życia, oddychajmy powietrzem, czujmy naturę, odbierajmy energię Wszechsłońca, która nieśmiało puka do naszej atmosfery. Bądźmy. Bądźmy obecni i świadomi na szczytach człowieczeństwa. Bo choć nie znamy dokładnej daty przesilenia, to jednak przy odrobinie szczęścia możemy już teraz doświadczać energetyzujących blasków jasności.

 

 

Moc & Miłość

Robert Onetwo