Sławne Czasy Roberta Onetwo

Slawne Czasy

Robert Onetwo

Rozdział XI

Tunel prowadzący nas na północ stawał się coraz węższy i niższy. Początkowo przez kilka godzin mogłem iść normalnie wyprostowany. Następnie musiałem kontynuować marsz zgarbiony, gdyż podziemny korytarz skurczył się do jakichś stu pięćdziesięciu czy stu sześćdziesięciu centymetrów wysokości. Po kilku kolejnych godzinach okazało się, że za wcześnie zacząłem narzekać, gdyż tunel zmniejszył się na tyle, że aby iść dalej, musiałem poruszać się na czworakach. 

– Felku, jesteś pewien, że to dobra droga?

– Pewności wcale Felek nie ma, ale za to przeczucie silne. Zresztą chciałbyś teraz zawrócić i znaleźć się sam pod Aberhanielem, bez Wernygóry i Łezki? 

– Wiesz, że nie.

– A zatem cała naprzód.

– Czym w zasadzie była Łezka? Wątpię, aby taką potęgą dysponował każdy mały ptaszek. 

– Felek nigdy podobnego bytu nie widział. Pan mówił o Świetlistym Wilku, który wyśpiewał mu przepowiednię. Być może Łezka była jakąś zbliżoną świetlistą formą egzystencji, która dla kamuflażu potrafi przybrać postać skowronka. Jeśli Felek jeszcze kiedyś do sieci duszków trafi, to rozpyta się tam innych, czy takie dziwo kiedy widzieli.

Trudno powiedzieć, jak długo trwała cała nasza tułaczka w podziemiach. Przez monotonię trasy straciłem poczucie czasu. Kamień naświetlający, jedyna forma światła, którą dysponowałem, zaczął już słabnąć. Przez większą część tej wędrówki zdawało mi się, że schodzimy coraz niżej w głąb ziemi, choć po drodze nie brakowało też odcinków wymagających wspinaczki.

– Dokąd zaprowadzi nas ten tunel? – zapytałem głośno w pewnym momencie, sam nie wiedząc czemu.

– Przecież ze swoich snów doskonale wiesz, dokąd musimy dotrzeć, nie graj naiwnego. 

Czyli jednak zmierzamy do Kuli Krwi – poczułem jak przez stres moje tętno gwałtownie przyśpiesza.

– Czy ty wiedziałeś o tym od początku? – zwróciłem się do duszka.

– Nie, Felek dość długo również nie był świadomy celu, dopiero twoje sny utwierdziły mnie przekonaniu o roli, jaką mamy do odegrania.

Po kilku godzinach poruszania się na czworakach cały byłem umazany błotem i pyłem. Dość często na swojej drodze spotykałem robactwo, które zamieszkiwało te podziemne tunele. Większość insektów uciekała na mój widok, mimo że niektóre z nich były obrzydliwie wielkie. Czołgałem się dalej w milczeniu, aż nagle poczułem dziwne uczucie rozchodzące się po moim ciele.

– Felku, czy ty też czujesz to dziwne mrowienie?

– Rob też zaczyna fluktuację energii przeczuwać? Dobra to wieść, jeśli jesteś w stanie już wyczuć te niuanse. Wielogodzinny trening oddychania, który uskuteczniałeś w chacie Sanoki, najwyraźniej przynosi efekty. Im szybciej pojmiesz swoje współistnienie z energią jako czymś bardzo plastycznym i modalnym, tym lepiej dla ciebie.

– Wszystko fajnie, ale skąd się to bierze? Czy to Kula Krwi jest już blisko?

– O nie, Kula Krwi inną energię emituje. Chyba Felek już wie, skąd te zawirowania, stoisz właśnie na szczycie całej wielowiekowej cywilizacji.

– Na szczycie cywilizacji? Co ty mówisz?

– Pod nami Felek wyczuwa skupisko Ziemiólwów. Jest ich tam teraz pewnie kilkaset, a może nawet tysiąc.

– Ziemiólwów? Co to za byty? Mieszkają pod ziemią tak jak ludzie gór? 

– Niby trochę podobnie, ale też wcale nie jak ludzie gór. Są całkiem odrębnym i niepowtarzalnym gatunkiem. Stworki te nie lubią wychodzić poza swe podziemne królestwo, w całkowitej izolacji żyją niemal wszystkie Ziemiólwy. 

Tunel nagle się powiększył i dotarliśmy do rozwidlenia. Znów mogłem się wyprostować.

– Gdzieś tu musi być zejście na dół, rozejrzyjmy się, tylko bądź ostrożny, Ziemiólwy może nie wyglądają groźnie, ale lepiej ich nie straszyć.

Obejrzałem wejścia do podziemnych korytarzy. Mój kamień naświetlający nie dawał zbyt mocnej poświaty, dlatego aby znaleźć jakieś przejście jeszcze niżej w głąb podziemnych tuneli, musiałem mocno się przyglądać. Felek poleciał w drugą stronę, twierdząc, że świetnie widzi w ciemności. Po chwili mentalnie przywołał mnie do siebie.

– Znalazłem wejście, są tu ukryte drzwi przysypane ziemią, tym tunelem na pewno do nich dotrzemy. 

– Czy potrafisz tłumaczyć język Ziemiólwów?

– A czy Felek kiedyś zawiódł młodego człowieka?

 – Nie było pytania, stary druhu. Mówisz, że jest ich tam nawet i tysiąc? W jaki sposób dostarczają sobie świeże powietrze aż tak głęboko pod ziemię?

– Wernygóra niczego cię nie nauczyła? Powietrze to kolejny rodzaj energii, z którym można współpracować, używać go zgodnie ze wspólną wolą i wiarą. Ziemiólwy rozumieją powietrze, kochają powietrze, dlatego mają świeże powietrze nawet głęboko pod ziemią. 

– Rozumieją?

– A czym powietrze jest dla ciebie?

– Powietrze to atomy tlenu, azotu i innych pierwiastków niejako zawieszone w przestrzeni pomiędzy powierzchnią ziemi a górną warstwą atmosfery. Na skutek różnicy wartości w strukturach powietrza tworzy się energia powodująca powstanie wiatru. W drodze ewolucji organizmy żywe nauczyły się przetwarzać zawarty w powietrzu tlen tak, by zasilać własną egzystencję, czyniąc z powietrza trzeci filar życia obok słońca i wody. 

– Jest wiele logiki w twoim rozumowaniu, a jednak jest ono tak bezosobowe i nudne. Chyba się Rob jednak zbyt wiele od nas nie nauczył. My nie utożsamiamy wiedzy z terminologią naukową. Naukowcy wasi tworzą struktury, jak atomy, z których według nich składa się powietrze, rozkładają swe modele na części pierwsze, a następnie katalogują z wykorzystaniem umówionego systemu, w którym sami się odnajdują. System taki jest im niezbędny do wzajemnej komunikacji i publikowania prac naukowych, ale w tym świecie własnych terminów zdają się nie dostrzegać, że wiatr to byt jak słońce, drzewa, jak ty i ja. Każdy byt składa się z wibracji, energie mogą się wzajemnie komunikować, nawet w twoim nudnym świecie symboli naukowcy dostrzegli, że maleńkie elektrony mogą wysłać informacje na odległość tysięcy kilometrów, jakby świadomość tych małych cząstek rezydowała poza czasem i przestrzenią. Tutaj postrzega się wiatr jako kompana istnienia, nie jako wypadkową praw chemii i fizyki. Wszystko w waszym wszechświecie można opisać jako wypadkową innych składowych, tylko brakuje wtedy miejsca na współistnienie w miłości.

– Dlaczego tak zaciekle krytykujesz moją cywilizację?

– Sposób, w jaki ludzie przyszłości konstruują swoje myśli, podejmują swoje decyzje, jest hmm… jakie będzie najlepsze słowo… małostkowy, tak, małostkowy. Przez co nawet to, co Felek teraz mówi do Roba, musi być małostkowe, bo takimi kanałami podróżują wasze Przyślakowe umysły. Zbyt często wyszukujecie pojedyncze emocje, pragnienia, pojedyncze spostrzeżenia, fakty. Wszystko, co złożona rzeczywistość rzuci w waszą stronę, wasze umysły starają się przemielić i rozdrobnić, aby z tej miałkości wyciągnąć elementy łatwe do ogarnięcia. Wasze umysły kierują się niezdrową wolą dopasowywania rzeczywistości do swoich własnych, wąskich ram pojmowania. Zbyt często próbujecie zamknąć wszechświat w swoich pięciu zmysłach i trzech wymiarach. Brakuje ludziom późnym integralności. Integralność umysłu pozwala patrzeć na rzeczywistość w jej całościowej nieograniczoności, nie mieląc i nie uproszczając, nie starając się zrozumieć, bo tak naprawdę nie sposób rozumieć prawdę. Jeśli za wszelką cenę staracie się zrozumieć rzeczywistość, to pojmujecie co najwyżej waszą wąską perspektywę, a jeśli tej wąskiej perspektywy nauczycie innych, tak że stanie się ona powszechna, to wcale nie uczyni jej ani trochę bardziej prawdziwą. Jedyne, co osiągacie, to ujednolicenie sposobu myślenia i fałszywe rozumienie, które odrywa ludzi od duchowości. Zdaje wam się, że żyjecie jako ciała i umysły próbujące zrozumieć lub zignorować ducha. Kiedy tak naprawdę jesteście duchami zamieszkującymi chwilowo te konkretne mocno ograniczone pudełka. To właśnie przez tę ignorancję Felek tak nisko większość Przyślaków ocenia.

Przykre słowa, a jednak czułem, że Felek miał rację i trafnie podsumował cywilizację XXI wieku.

Przeszliśmy przez ukryte drzwi i zeszliśmy jeszcze niżej, a ja musiałem się czołgać, gdyż ten tunel miał co najwyżej siedemdziesiąt centymetrów wysokości.

– W zasadzie to dlaczego Kula Krwi znajduje się tak głęboko pod ziemią? – zapytałem.

– Najsłabszym punktem Drzewa Życia są jego korzenie, właśnie dlatego Kula Krwi od ponad dwóch tysięcy lat drąży podziemne tunele, pozbawiając Aberhaniela jego Boskiej energii. 

– Czy myślisz, że Ziemiólwy będą w stanie nam pomóc?

– Jest spora szansa, że nakierują nas na Kulę Krwi. Wiedzą o tych podziemiach więcej niż ktokolwiek inny.

– W jakim stanie je dzisiaj zastaniemy?

– Jest tylko jeden sposób, by się przekonać, czyż nie?

Zszedłem przez ciasny przesmyk na kolejny poziom podziemi. Do moich uszu zaczęły docierać dziwne dźwięki. Z każdym kolejnym metrem odgłosy stawały się coraz wyraźniejsze. 

Wułałaka, wułałaka, WUŁAŁAKA, WUŁAŁAKA kaszszszszy! Wułałaka, wułałaka, WUŁAŁAKA, WUŁAŁAKA kaszszszszy!

– Felku, co o tym myślisz? Brzmi trochę jak jakaś piosenka. Czym w zasadzie są te stworki?

– Hmm, w twojej głowie najbardziej pokrewnym bytem byłyby leśne skrzaty.

– Czyli to przyjazne stworzenia?

– Dobre one czy niedobre, to trudno powiedzieć. Kradną na potęgę, mają skomplikowane sieci tuneli, którymi wychodzą w nocy na powierzchnię w poszukiwaniu łupów. 

– Co kradną?

– Jedzenie, błyskotki. W zasadzie to wszystko, co przyciągnie ich uwagę. Ale słyszał Felek swego czasu od innego duszka w sieci, że kiedyś jedną osadę Rasy znajdującą się na uboczu susze, pożary i nieurodzaj srogi nawiedziły. Ludzie w nieszczęściu głodni byli, ratunku dla siebie nigdzie wypatrzeć nie mogli, aż nagle pewnego dnia Ziemiólwy całymi chmarami zaczęły prowiant wynosić ze swych podziemnych spiżarni.

– Pomogły bezinteresownie?

– Od pokoleń te małe ludki żywiły się skarbami rabowanymi z osady. Może nie chciały, aby ich źródełko skarbów wyschło? Dobre one albo niedobre, ale groźne z pewnością nie są.

– I bez problemu się z nimi dogadasz?

– O ile chętne do rozmowy będą. Płochliwe to stworki, od konfrontacji stronią zwyczajowo. 

– Hmm, brzmi jak ktoś, kogo znam – rzuciłem z przekąsem.

– Ale nie będę mógł tłumaczyć tobie ich języka w czasie rzeczywistym. Zbyt prymitywne to stworzenia, aby Felek potrafił stworzyć połączenia pomiędzy waszymi umysłami. 

Wczołgałem się do większej podziemnej jamy, z której dobiegały dźwięki. Z zadowoleniem zobaczyłem, że była ona na tyle wysoka, że mogłem się w końcu wyprostować. Podziemna jaskinia była dobrze oświetlona kamieniami. W środku znajdowało się na oko co najmniej kilkaset stworków. Miały one niewielkie rozmiary, mierzyły co najwyżej kilkadziesiąt centymetrów wysokości. Niemal wszystkie były jajowate, a przy tym rozczulająco przyjazne, niczym niemowlaki. Nie miały szyi. Z tułowia wyrastało im po sześć kończyn. Cztery górne były odpowiednikami rąk, a pozostałe dwie krótkie, ale grube stanowiły nogi. Na samym czubku jajowatego tułowia stworki miały pojedyncze oko, które ze względu na swe umiejscowienie zapewniało im 360-stopniowy zasięg widoczności. 

Przedstawicielki płci pięknej, czyli Ziemiólki, miały długie włosy opadające im na plecy. Włosy te nie był szczególnie piękne, w całości umorusane i posklejane błotem. Ziemiole, stworki płci męskiej, byli z kolei całkiem łysi, ale długie brody zwisały im niemal do ziemi. Wszystkie były całkowicie nagie, ich ciała okrywało tylko naturalne owłosienie. 

W obszernej norze wysokiej na ponad dwa metry i szerokiej na kilkanaście znajdowało się wiele maleńkich, wyżłobionych w ziemi schodków i co najmniej dziesięć śmiesznie wyglądających drabinek o tycich szczebelkach. Nie znalazłem w jamie żadnych skradzionych fantów, jedyne, co przykuło moją uwagę, to korzenie drzew, z których sączył się jasnoniebieski gęsty płyn. Zdziwiły mnie korzenie, gdyż byłem przekonany, że po tylu godzinach tułaczki tunelami znajdujemy się kilkaset metrów pod powierzchnią. Gromada malutkich stworków z powodu mojego wtargnięcia do jamy zwarła się w zbitą masę. 

Uuułłłaaaa, uuuułłłłaaaa! – Na mój widok tłum wydał przeciągły niski pomruk. W tym momencie pokazał się również Felek, który najwyraźniej nie czuł strachu, dlatego wyskoczył z mojego gardła. Na jego widok Ziemiólwy natychmiast zaczęły euforycznie krzyczeć i skakać. W pierwszej chwili wziąłem to za atak paniki, ale szybko nawet bez pomocy Felka uzmysłowiłem sobie, że pojawienie się dobrego duszka z jakiegoś powodu sprawiło im wielką radość. 

Z tłumu wyszedł jeden Ziemiol, który ze względu na swoją fryzurę wyróżniał się z tłumu. Zamiast łysej glacy miał na głowie odstającego irokeza. Zawołał głośno, po czym w imieniu całego plemienia zaczął rozmawiać z Felkiem. Rozmowa trwała dość długo. W końcu przestali, a Felek zwrócił się do mnie:

– Wiem, że zależy ci na czasie, a jednak musimy zaczekać do jutra. Okazało się, że trafiliśmy na ich święto. Znajdują się tu w tym momencie Ziemiólwy ze wszystkich podziemnych osad rozciągających się pod Okrągłym Lasem. Legenda, którą przekazują sobie z pokolenia na pokolenie od niepamiętnych czasów, mówi, że podczas któregoś święta przyjdzie do nich świetlisty duch. Najwyraźniej wzięli naszą wizytę za spełnienie tej przepowiedni. 

– Jak często obchodzą swoje święto?

– Nie wiem tego dokładnie. Ziemiólwy posługują się swoim własnym kalendarzem, ponieważ żyją pod ziemią, a tym samym omijają ich dni i noce, pełnie i cykle Ziemi wokoło Słońca. Są to istoty dość prymitywne, nie znajdziesz zbyt wiele mądrości w ich społeczeństwie, nie posługują się pismem. Silna energia, którą wyczułeś, normalnie tu nie występuje. To miejsce wypełnia się mocą tylko na czas święta. 

– Jak przebiega to święto?

– W ramach świętowania wszyscy członkowie tego Ziemiolisu spożywają korzenny nektar.

– Skąd w zasadzie biorą się te korzenie? Musimy być bardzo głęboko pod ziemią.

– Są to z pewnością jedne z najgłębiej sięgających korzeni Aberhaniela. Ze względu na specyficzną glebę znajdującą się w tym obszarze korzenie prócz odżywiania wierzchniej partii drzewa wykształciły specjalną zdolność, potrafią wydzielać gęsty nektar. To właśnie za sprawą tego nektaru całe społeczeństwo Ziemiólwów z Okrągłego Lasu wpada w trans.

– W trans? I czego wtedy od ciebie oczekują?

– Ich święto zawsze przebiega w ten sam sposób. Każdy stworek wypija kropelkę tego niebieskiego płynu sączącego się z korzeni. Ma on silne działanie halucynogenne. Za jego pomocą wszystkie Ziemiólki i Ziemiole wpadają w trans, tworząc w umysłach wspólną sieć wewnątrzgatunkową. Z twojej perspektywy może to wyglądać dość mizernie. Stworki leżą na ziemi pogrążone w głębokim śnie i nic więcej. Jednak ich świadomości są połączone w jedną fantastycznie złożoną i barwną świadomość. To dla nich niesamowite, transcendentalne przeżycie. A z moją pomocą będą mogły jeszcze dodatkowo zwiększyć swoje doznania.

– No dobra, wszystko fajnie, ale co z celem naszej podróży? Chyba nie miałem iść na północ tylko po to, aby wziąć udział w święcie podziemnych skrzatów…

– Dla ciebie może to nieistotne, ale dla nich jest to wyjątkowe zdarzenie, ziszczenie marzeń wielu generacji. Pytałem ich o dalszą drogę. Jesteśmy już niedaleko Kuli. Będą mogły nam pomóc, ale dopiero jutro. Dzisiaj jest święto i wszyscy chcą wziąć w nim udział. A Felek obiecał im swoją asystę w świecie duchowym. Możesz w tym czasie odpocząć. Jesteś na nogach od wielu godzin, tobie również przyda się chwila wytchnienia. 

– Jak długo trwa ten ich sen? 

– Trudno powiedzieć, wydaje mi się, że około ośmiu czy dziesięciu godzin. W sam raz, abyś się spokojnie wyspał.

– Czy ja też mogę wypić kroplę niebieskiego płynu i wziąć udział w ich rytuale?

– Lepiej nie ryzykować, Felek nie wie, jak Przyślakowy organizm zareaguje na tę substancję. 

– No dobra, to ja położę się spać w tym kącie. A ty, Felku, baw się dobrze, odgrywając rolę bóstwa dla tych prymitywnych stworzonek. 

– Nie Bóstwa, jedynie mistrza duchowej ceremonii. – Felek najwyraźniej niezwykle poważnie traktował swoje zadanie. 

Zasnąłem całkiem szybko. Nie potrafię powiedzieć, jak długo spałem, ale obudziłem się dość nagle pod wpływem wibracji. Ziemia zaczęła się trząść, a z dołu słychać było dziwne dźwięki. Obudziłem się tylko ja, wszystkie stworki spały pogrążone w swej halucynacji, Felek zniknął, znajdował się prawdopodobnie w jakimś duchowym, astralnym wymiarze. 

Rozejrzałem się dookoła. W jamie z podziemi zaczęły wypełzać przebrzydłe, oślizgłe robaki podobne do gąsienic, jednak znacznie dłuższe. Plugawe insekty od razu po wyjściu na powierzchnię skierowały się w stronę śpiących skrzatów. Stałem jak wryty, nie byłem pewien, jakie mają zamiary, nie wiedziałem, jak się zachować. 

Nagle gąsienice zaczęły pożerać śpiące stworki, które były pogrążone w tak mocnym, narkotycznym śnie, że nawet ugryzienia nie były w stanie ich obudzić. Rzuciłem się na pomoc. Deptałem, rzucałem kamieniami, krzyczałem zaciekle w szale bojowym. W ciągu kilku minut zabiłem może ze czterdzieści insektów, ale kolejne wychodziły na powierzchnię jamy i na moich oczach pożerały Ziemiólwy. Walka była wycieńczająca, brakowało mi oddechu, mięśnie osłabły, ledwie widziałem na oczy, a jednak nie mogłem przestać. Nie mogłem odpuścić i biernie patrzeć, jak kolejne skrzaty zostają pożarte. Walczyłem, choć sam jeden nie byłem w stanie zabijać gąsienic dość szybko.

W końcu inwazja dobiegła końca. Cała jama, która jeszcze do niedawna była czysta, jakby przygotowana na święto, teraz była rzeźnią pełną brązowej krwi Ziemiólek i Ziemioli. Zielona maź wypływająca z gąsienic skrzatożerców, którą byłem pokryty niemal od stóp do głów, była nie tylko klejąca, ale i śmierdziała niczym szambo w sklepie rybnym. Po przeliczeniu wiedziałem, że przy życiu pozostało raptem dwieście siedemnaście stworków, czyli może ze trzydzieści procent wszystkich biorących udział w rytuale. 

Kręciło mi się w głowie, byłem na granicy wyczerpania, a jednak nie myślałem o śnie. Musiałem wytrwać do końca, przypilnować ocalałych. Smród, jaki roznosił się w słabo wentylowanej jamie, nie robił już na mnie wrażenia. Byłem porażony tragedią wydarzeń, jakie rozegrały się na moich oczach. 

Wreszcie ujrzałem Felka.

– Co tu się stało? Och, nie… – wyszeptał. Duszek musiał zajrzeć do mojej głowy i szybko prześledzić, co działo się podczas jego nieobecności. 

– To też była część ich legendy?

– Być może to cena, jaką musiały zapłacić.

– Kto ustala takie ceny? Gdyby nie moja obecność, nikt by nie przeżył, gąsienice pożarłyby wszystkie stworki bez wyjątku!

– Skrzaty tak bardzo pragnęły duchowego, jednoczącego momentu oświecenia, że zaryzykowały własne bezpieczeństwo. Rytuał odbyłby się i bez naszego udziału. Dzięki twojej walce udało się uratować chociaż część ich populacji. Miejmy nadzieję, że tragedia dnia dzisiejszego w połączeniu z pięknem wizyjnym doświadczonym we śnie pozwoli im przeskoczyć na wyższy poziom świadomości. 

– Co to za insekty, dlaczego zaatakowały akurat teraz?

– Wasztury nie są w stanie czerpać niebieskiego Fesu bezpośrednio z korzeni, jest on dla nich trujący. Ale jeśli Fes znajduje się wewnątrz krwiobiegu Ziemiólwów, staje się on przyswajalny dla tego robactwa, które też pragnie zakosztować jego halucynogennej mocy.

– Czyli ta masakra odbyła się dlatego, że zarówno ziemne stworki, jak i gąsienice chciały się naćpać?

– Nie warto tak spłycać wydarzenia, które dla kultury Ziemiólwów jest jedynym świętem. Zdarzyło się to, bo zdarzyć się musiało. Teraz musimy zaczekać, aż obudzi się reszta plemienia. Idź spać, czuję twoje wyczerpanie. Felek przypilnuje.

*

Kiedy się obudziłem, skrzaty były zajęte przywracaniem podziemnej jamy do jej pierwotnego wyglądu. Pracowały powoli, pogrążone w zadumie.

– Jesteś gotowy do drogi? Ta Ziemióla obiecała, że wskaże nam kierunek.

*

Szliśmy kolejne kilka godzin. Ku mojemu zdziwieniu podziemny tunel uległ znacznemu powiększeniu, tak że teraz mogłem iść swobodnie wyprostowany. Po drodze mijaliśmy całkiem sporo skrzyżowań. W końcu Ziemióla będąca naszą przewodniczką przystanęła na rozwidleniu, a potem powiedziała coś do Felka w swoim dziwacznym języku. Rozmawiali dość długo, aż w końcu Felek zwrócił się do mnie:

– To już ostatnie rozwidlenie. Jeśli pójdziesz korytarzem w prawo, powinieneś w niedługim czasie dotrzeć do podziemnej komnaty, w której znajdziesz Kulę Krwi.

– Pójdę? W liczbie pojedynczej?

– Felek dalej iść nie może. Sama bliskość Kuli Krwi może łatwo unicestwić duszka, przez co mroczna energia Kuli jeszcze się zwiększy.

– A dla mnie to pewnie Kula będzie miła i przyjazna? Zostawiasz mnie samego i co ja mam tam niby zrobić?

– Tego Felek nie wie, Rob w sobie odpowiedź na to pytanie znaleźć musi. Kula Krwi jest celem twojej czasowej podróży, teraz to jasne. Co masz z nią zrobić, jaką rolę odgrywasz? Tego się Felek nie domyśli. 

– A ty, dokąd się udasz? 

– Zaczekam na ciebie z plemieniem Ziemiólwów – powiedział Felek, a jego błyszcząca poświata nieco przygasła. Pomyślałem, że chyba nie służy mu pozostawanie poza dobroczynnym działaniem promieni słonecznych przez tak długi czas. Ja również miałem już dość. Od jakichś czterdziestu godzin tkwiliśmy pod ziemią. 

Zacząłem rozmyślać o wszystkim, co przydarzyło mi się od momentu pojawienia się w tym świecie. Spotkałem tu tyle niesamowitych istot, a jednak na końcu miałem zostać sam. Przyszło mi się zmierzyć z czymś, czego nie znałem, ani nie rozumiałem. W jakim celu? 

– Rob musi myśli uwolnić i iść przed siebie. To jedyna droga, zaufaj Felkowi.

 

Tak więc poszedłem w stronę niekończącego się tunelu ciemności.