Sławne Czasy Roberta Onetwo

Slawne Czasy

Robert Onetwo

Rozdział X

Nazajutrz skoro świt zbudził mnie chrapliwy głos mojej leśnej lekarki:

– A to sobie placuszek poużywał wczoraj. Podglądać się zachciało? Zdrów już być musisz, skoro na spacery nocą chadzasz. 

– Nie chciałem naruszać twojej prywatności. Byłem po prostu ciekaw źródła dźwięków, które słyszałem każdej nocy. 

– Nie chciałeś… Nie chciałeś. Gadanie. Aż oczu nie mogłeś oderwać. Niby najlepsze lata mam już za sobą, ale ciągle młodzianów wdziękiem przyciągnąć potrafię. Ha, ha.

Nie byłem pewien, jak wybrnąć z tej sytuacji, czy lepiej szczerze zapewniać Sanokę, że wcale nie gapiłem się na jej „wdzięki”, czy też darować sobie tłumaczenie. Postanowiłem zmienić bieg rozmowy.

– Widziałem, że nie tylko mnie zaciekawiła muzyka. Czy Żyjątka często przysłuchują się twoim występom?

– To właśnie dla nich śpiewam. A coś ty, placuszku, myślał, że ja dla ciebie się tak wystroiłam? Aż tak ty mi się nie podobasz, zbyt jesteś cherlawy i plackowaty. 

– Dlaczego to właśnie dla nich śpiewasz? – Udałem, że nie słyszę kolejnej obraźliwej uwagi pod moim adresem.

– Las to symbioza, trzeba umieć się ułożyć. Pragnę samotności, Fiklaki mi ją gwarantują. No, prawie… – W tym momencie spojrzała na mnie z nieskrywaną dezaprobatą, po czym kontynuowała: – Do tego te psotniki potrafią być przydatne. Często pomagają mi zdobyć potrzebne składniki mikstur, których sama nie mam czasu ani ochoty szukać. A ja w rewanżu swym śpiewem zapewniam Fiklakom ich największy przysmak.

– Największy przysmak Fiklaków to Żyjątka? Zjadają te słodkie istoty?! – niemal krzyknąłem z oburzenia, sam nieco dziwiąc się własnej reakcji.

– Nie, głuptasie. Największy przysmak Fiklaków to potrawka gotowana z łajna Żyjątek, a to właśnie dzięki moim koncertom Żyjątka zamieszkują te tereny. 

*

Wernygóra zjawiła się tego samego dnia po południu równie niespodziewanie, jak odeszła. Była pełna energii i gotowa do drogi. Przechadzałem się wtedy po podwórzu, testując sprawność mojej nogi.

– Jak się ma mój ulubiony kaleka? Kiedy możemy wyruszać?

– Placuszek zobaczył tu już wszystko, czego pragnął. Ha, ha! – zaskrzeczała starucha z wnętrza chaty. Wernygóra musiała w lot złapać aluzję, bo uśmiechnęła się dwuznacznie.

– Spokojnie, może powiesz mi najpierw, gdzie zniknęłaś tak nagle bez uprzedzenia? Udałaś się do świątyni? – zapytałem.

– No co ty. Tam musimy iść razem, bez duszka nie mam tam czego szukać. Stwierdziłam, że przyda nam się pomoc, więc zamiast kwitnąć tu bezczynnie, poszłam odnaleźć Łezkę. To mówiąc, zagwizdała, a na jej ramieniu usiadł niezbyt duży ptak, który wyglądał niemal zupełnie jak znany mi z XXI wieku skowronek. 

– Wsparcie powietrzne zawsze mile widziane. Większych nie było? – rzuciłem z lekkim przekąsem.

– To rozmiar ma dla ciebie aż takie znaczenie? – szybko zripostowała, mierząc mnie przy tym wzrokiem z góry na dół i jasno dając mi do zrozumienia, że jest ode mnie o kilkanaście centymetrów wyższa.

– Da radę maszerować? – Werna zwróciła się do babki.

– Musi dać radę, bo jak jeszcze jedną noc przyjdzie mi słuchać tego jego płytkiego purchania, co to on nazywa oddechem, to go we śnie uduszę – odskrzeczała Sanoka, jednak tym razem nie zaśmiała się wcale, zachowując kamienną twarz. – Trzymaj, placuszku. Żuj małe kawałki tego korzenia przez następne trzy dni. Doda ci on siły i energii podczas podróży. Tylko mi się nie uzależnij. To całkiem mocny i przyjemnie efektywny medykament. – Wręczyła mi zawiniątko z korzeniem.

– Dziękuję za gościnę i okazaną mi pomoc, bez ciebie…

Starucha przerwała mi wpół zdania, mówiąc:

– No co wy tak stoicie? Sio! Nie ma się co żegnać. Sio mówię! 

Tym sposobem już w kilka chwil po przybyciu Wernygóry byliśmy z powrotem w drodze do świątyni. 

– Dlaczego akurat Łezka? – zapytałem.

– W młodości byłam mocno emocjonalna. Zwłaszcza kiedy moja mama odeszła. Nieraz zdarzało mi się płakać w przypływie gniewu czy smutku. Dość często, gdy płakałam na terenie Okrągłego Lasu, Łezka nadlatywała znikąd i siadała mi na ramieniu. Z czasem, pewnie dzięki jej asyście, nauczyłam się kontrolować emocje. Dawno już nie płakałam, a jednak jej obecność wciąż dodaje mi pewności siebie. Teren wkoło Aberhaniela jest wyjątkowo mroczny i posępny, przyda nam się każdy rodzaj wsparcia. 

– Czy nikt nie próbował przywrócić w tym miejscu życiodajnej świątyni?

– Próby były, i lasu, i Rasy, ale nikomu się nie udało. Kula Krwi cały czas promieniuje destrukcją. Tylko potężna energia przedwiecznego Aberhaniela – Drzewa Życia – próbuje swą potęgą zbalansować wyniszczający wpływ Kuli. Dzięki temu cały Okrągły Las może się cieszyć spokojem. Legenda mówi, że jeśli kiedyś Aberhaniel upadnie, zła moc Kuli rozprzestrzeni się na cały las.

*

Drugiego dnia marszu kilka godzin po południu krajobraz puszczy dookoła nas zaczął się dość drastycznie zmieniać. Jak dotąd nawet najbardziej gęste i zaciemnione części lasu miały ciemnozieloną barwę, pełne były przeróżnych krzewów, kwiatów i wszelkiej maści zwierząt. Teraz las miał kolor ciemnoniebieski. Cały teren spowity był lekką rdzawobrązową mgłą. Świergot ptaków towarzyszący mi niemal nieustannie przez ostatnie dni teraz ucichł zupełnie. Nawet Łezka przestała latać nam nad głowami i kurczowo uczepiła się ramienia Wernygóry. Felek drżał mi w gardle, jednak tym razem na pewno nie było mu do śmiechu. Gęsta i złowroga atmosfera zdawała się coraz cięższa z każdym naszym kolejnym krokiem w kierunku świątyni. 

– Jak sam pewnie zauważyłeś, jesteśmy już blisko – powiedziała moja przewodniczka ledwie słyszalnym szeptem. 

Szliśmy niezbyt pewnie jeszcze przez dłuższą chwilę. Teren był znacznie skromniej zadrzewiony, a wszystkie drzewa, które rosły w okolicy, zdawały się jakby inne, mniejsze, karłowate i bardziej powykręcane, wyglądem przypominały swoich dalekich kuzynów znanych mi z przyszłości. 

Musiały żyć tu jakieś zwierzęta, gdyż nieopodal naszej niewydeptanej ścieżki dało się czasem słyszeć szelest liści i odgłos łamanych gałęzi, a pająki olbrzymich rozmiarów, których nie brakowało w okolicy, musiały przecież żywić się jakimiś innymi owadami. 

Wreszcie kilkadziesiąt kroków przed nami z rdzawej mgły zaczęło wyłaniać się drzewo. Powiedzieć o nim gigantyczne to jak nic nie powiedzieć. W porównaniu z realiami XXI wieku większość zwyczajnych drzew rosnących tutaj była ogromna. To było jednak inne. Tak wielkie, że zdawało się wyznaczać swoją własną skalę. Nawet gdybym próbował, nie byłbym w stanie oszacować jego wysokości. 

Obwód pnia był tak duży, że zdawało mi się, że obejście drzewa wkoło zajmie jakąś godzinę. Patrząc w górę, nie byłem w stanie dostrzec najwyższych gałęzi. Drzewo mogło być większe niż drapacze chmur znane mi z wielkich miast. Dookoła niego znajdowały się posępnie wyglądające zgliszcza mniejszych budynków i konstrukcji, które pierwotnie musiały być częścią świątyni. 

Panowała cisza. Nie była to jednak zwyczajna cisza, ale raczej złowroga cisza wyczekiwania. Czułem, że zbierają się nad nami ciemne chmury. Czułem, że zaraz sytuacja stanie się dynamiczna. Trudno powiedzieć, czy na pewno tak by się stało, gdyby nie mój czynny udział w rozwoju wydarzeń. 

Moja noga nie była jeszcze w pełni sprawna. Idąc, patrzyłem przed siebie, przez co nie spoglądałem w dół, potknąłem się o konar i uderzyłem głową o ziemię. Otarłem czoło, na dłoni zobaczyłem krew. W tym momencie cisza ustąpiła. Z każdej strony zerwał się gwałtowny wiatr, słychać było złowieszcze wycie i trzaskanie. 

– Ach, ty i ta twoja zwinność! – krzyknęła rozgniewana Wernygóra.

– Co się stało? – Wkoło nas nagle podniosła się mocna wrzawa.

– Zapach krwi obudził dawno uśpione mroczne moce. Musimy działać, i to szybko. Wolałabym uniknąć walki na ich terenie. 

Już po chwili ujrzałem kościotrupy biegnące prosto na nas. Wernygóra wykonywała gesty dłońmi i zwinne wygibasy wyglądające jak figury taneczne. Wysłała kilka trąb powietrznych wprost na nadbiegającą falę truposzy. Zadziałało! Tornada rozbiły szkielety na pojedyncze kostki. Jednak nie był to dla nas koniec kłopotów. Z kniei otaczających Drzewo Życia wybiegło kilka dziwacznych stworów wielkości dzika. Całe porośnięte były długimi kolcami, a z odwłoków prężyły im się długie na metr spiczaste ogony, prawie jak u skorpionów. Wernygóra szybkim ruchem chwyciła dwie rurki przyczepione do swojego warkocza. Używając swych mocy, zaczęła wystrzeliwać z tych rurek serie pocisków w kierunku „dziko-iglaków”, jak je nazwałem w głowie. Broń okazała się skuteczna, świniaki popadały jeden po drugim, ryjąc w ziemi z rozpędu. 

Wszystko to wydarzyło się raptem na przestrzeni kilkudziesięciu sekund. Jak się jednak miało okazać, prawdziwe problemy były dopiero przed nami. Z wnętrza ogromnego drzewa nadlatywały ku nam zjawy koloru bagiennozielonego. Usłyszałem krzyk Wernygóry:

– Nie jestem w stanie ich zatrzymać, musimy uciekać!

Rzuciliśmy się do biegu. W całym tym zamieszaniu usłyszałem z wnętrza mojego ciała mocno stłumiony głos Felka, który mówił: „Znajdź właz po twojej prawej, biegiem!”.

– Za mną! – krzyknąłem do Wernygóry, po czym skręciłem w prawo i zacząłem się rozglądać za włazem, o którym mówił Felek.

– To tu. – Masywnie wyglądające kamienne drzwiczki znajdowały się u naszych stóp. – Musimy zejść na dół! 

Wernygóra, używając swych mocy, próbowała otworzyć przejście do podziemi. Obejrzałem się za siebie, zielone zjawy były tuż-tuż. Nagle nad głową ujrzałem Łezkę. Ta niepozorna ptaszyna – skowronek – w locie zmieniła się w świetlistą postać długowłosej kobiety z wielkim mieczem w dłoniach. Cała okolica pojaśniała czystym światłem tysiąc razy intensywniejszym od Felkowej poświaty. Anioł zaczął z zawrotną prędkością latać po okolicy, mieczem i świetlistą mocą niszcząc wszystkich sługusów ciemności, których coraz więcej wychodziło na teren dawnej świątyni.

W oddali dostrzegłem, jak oślizgły Apor, którego widziałem już kiedyś w górach, wyłania się z mroków zwabiony tu przez widmo rychłej śmierci i zniszczenia.

– Udało się. Wszyscy do tunelu! – krzyknęła Wernygóra, po czym zagwizdała głośno, dając sygnał Łezce, że pora do odwrotu. 

*

W pośpiechu zeszliśmy do podziemi. Niemal w ciemnościach biegliśmy kilkadziesiąt metrów przed siebie. Udało nam się dotrzeć do przestronnej komnaty. Łezka w swej świetlistej postaci anielskiej kobiety stanęła na końcu tunelu, którym tu dotarliśmy, tworząc swego rodzaju energetyczną zaporę uniemożliwiającą siłom ciemności wejście do okrągłej sali. Kupiła nam tym samym czas na znalezienie Zegara Bogów. 

– Fajny ten twój skowronek – zwróciłem się do Wernygóry.

– Nie ma czasu na twoje bzdury. Co teraz?

Felek wyskoczył z mojego gardła, co zważywszy na okoliczności, było bardzo odważnym zachowaniem. 

– Musimy się śpieszyć. Gdzieś w tej komnacie musi być dźwignia. 

– Jaka dźwignia? – zapytaliśmy z Wernygórą jednocześnie.

– Niewidzialna… – odparł Felek.

– No to pięknie. Ukryta za wyimaginowaną zapadnią? – rzuciła Wernygóra.

Morale nie było zbyt wysokie, byliśmy mocno poturbowani, a z tunelu dobiegały niepokojące dźwięki. Mroczne siły, które w ślad za nami zeszły do podziemi, próbowały pokonać świetlistą wojowniczkę, która w pojedynkę broniła przejścia. 

Czułem w sobie potrzebę, by się zrehabilitować. W końcu to ja obudziłem złe moce tego miejsca. Biegałem jak szalony, po omacku próbując odnaleźć dźwignię. Pewnie wolałbym, by moja rola w tej sytuacji była nieco bardziej heroiczna, ale nie była. Kolejny raz potknąłem się. Gdy się podniosłem, całą twarz miałem umorusaną ziemią, wrócił również silny ból w prawej nodze. Wstając, wsparłem się o ścianę i nagle poczułem, że moja podpora opada na dół, a ja znów ląduję na ziemi. Zupełnie przypadkiem, w zasadzie to tym razem dzięki upadkowi, przesunąłem niewidzialną dźwignię.

Posadzka w centrum sali zatrzęsła się. Spod niej zaczął wyłaniać się czarny kamienny stół. Był ozdobiony licznymi znakami. Na krawędziach stołu znajdowało się coś w rodzaju fosforyzującej na jasnoniebiesko róży wiatrów – kompasu wskazującego cztery strony świata i cztery tunele odchodzące z podziemnej komnaty. Tunel, który nas tu doprowadził, znajdował się na południu. Droga na zachód była zasypana. Na środku stołu leżała czarna księga zapisana pomarańczowymi literami.

– Szybko, Felku, tłumacz. 

Tytuł brzmiał „Księga kłamstw prawdę Ci powie”, a poniżej na blacie stołu widniał jeszcze jeden napis mówiący „Jedna strona prawdę ukaże, reszta zagładę przyniesie”. 

– „Ukaże prawdę”. Zegar musi być gdzieś tutaj. W pośpiechu otworzyliśmy ciężkie wieko książki. Wszystkie strony były czarne, a na nich znajdował się wyraźnie kontrastujący z tłem pomarańczowy tekst. Na pierwszej stronie widniał krótki napis: „Jedna strona kłamie”. I tyle, nic więcej. Na drugiej podobnie: „Dwie strony kłamią”, na kolejnej „Trzy strony kłamią”. Kartkowaliśmy w pośpiechu. Wszystkie strony wyglądały niemal identycznie, różniła się tylko informacja o liczbie stron, które rzekomo kłamały. Ostatnia strona głosiła „Tysiąc stron kłamie”. 

Dźwięki dobiegające z tunelu wskazywały, że mamy coraz mniej czasu. 

– Apor jest już w tunelu. Łezka nie będzie w stanie blokować przejścia zbyt długo – powiedział Felek, któremu wyraźnie udzieliły się nasze emocje. 

– To co teraz? To jakieś bzdury. Weźmy całą księgę… nie da się, jest przymocowana na sztywno. – Wernygóra kipiała ze złości. – Felku, pomóż nam.

– Felek pomóc nie potrafi. Wy sami wyrwać jedyną prawdziwą stronę musicie. 

– Ale one wszystkie są takie same i wszystkie kłamią – gorączkowała się Wichura.

Musieliśmy podjąć decyzję. Wtedy nagle poczułem przypływ stuprocentowej pewności siebie. Pierwszy raz, od kiedy trafiłem do tej krainy, w umyśle miałem jasność i wiedziałem, co robić. Jeśli jedna strona mówi prawdę, to dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć kłamie. Otworzyłem na przedostatniej stronie i nie czekając na opinię Wernygóry, szybko wyrwałem tę kartkę, która momentalnie zrobiła się do tego stopnia gorąca, że oparzyła mi palce. 

Upuściłem ją na stół. Po kilku sekundach pomarańczowy tekst zniknął, a na czarnej stronie pojawiły się czerwone kręgi i zielona klepsydra w prawym górnym rogu. Zielony laserowy pył z wnętrza klepsydry zaczął szybko przepływać na resztę kartki, kolejno zapełniając czerwone kręgi i ujawniając różne znaki i symbole. 

– Czy to to? Potraficie odczytać ten kalendarz? – zapytałem rozemocjonowany.

– Nie potrafię go odczytać, ale mam kilka pomysłów, kto mógłby to zrobić.

Stół szybko zapadł się pod ziemię, po chwili nie było po nim śladu. Pod naszymi stopami pozostały tylko dwa napisy.

– Co one oznaczają? – zapytałem Felka w pośpiechu.

– Ten skierowany na północ mówi „droga”. Ten skierowany na wschód mówi „wyjście”. 

– No to szybko, biegiem na wschód! – krzyknęła Wernygóra.

Chciałem momentalnie ruszyć za nią, ale Felek mnie zatrzymał:

– Poczekaj! Rob, czy pamiętasz słowa Mieszkańca? 

„Twoja droga prowadzi na północ” – zakołatało w mojej pamięci.

– Tak, właśnie. – Felek odczytał moje myśli.

– Musimy się rozdzielić. Rob trafił tu nie tylko po to, aby ci pomóc, Wernygóro. Nasza droga prowadzi na północ.

Nie było czasu na ckliwe pożegnania. Energiczna jak zwykle Wichura cała sobą rwała się do wyjścia, a jednak w locie zbliżyła się do mnie, pocałowała mnie w policzek i powiedziała:

– Dziękuję, ciamajdo, niech cię Perun prowadzi. – Po czym, nie czekając na odpowiedź, gwiżdżąc pobiegła do wschodniego tunelu. W tym momencie świetlista poświata, którą emanowała Łezka w swojej obecnej formie, znikła, w tunelu znów zapanował całkowity mrok. Wyglądało na to, że Łezka została pokonana, ale nie miałem pewności, nie obracałem się do tyłu. Felek wskoczył do mojego gardła, a ja, ile sił w nogach, pobiegłem na północ. 

Nie zatrzymywałem się przez godzinę, tunel był długi i całkiem obszerny. Od dawna nie słyszeliśmy za nami oznak pogoni, więc poczuliśmy się bezpiecznie, a Felek ponownie opuścił moje gardło.

– Felku, dlaczego my właściwie tu idziemy? Na pewno wiesz, jak bardzo chciałem iść z Wernygórą. 

– Felek wie, ale każdy ma swoją walkę do stoczenia. Ty byś Wernygórze już teraz pomóc nie zdołał. Szedłbyś za nią dla siebie, a nie dlatego, że tamtędy wiedzie twoja ścieżka dobra. 

– A powiesz mi chociaż, dokąd idziemy?

 

– Na północ, przyjacielu. Na północ.