Sławne Czasy Roberta Onetwo

Slawne Czasy

Robert Onetwo

Rozdział VIII

– Jak długo zajmie nam dojście do ruin świątyni? – zapytałem Wernygórę.

– Nawet jeśli nam się poszczęści, to przed nami i tak co najmniej dwa dni drogi.

– ILE?! 

– Mówiłam ci, że to największy las w tej części świata. Będziemy musieli nadłożyć trochę drogi, idąc naokoło. W dodatku im głębiej w las się zapuścimy, tym trudniejsza czeka nas przeprawa. Nie zdziwię się, jeśli cała wycieczka zajmie nam nawet cztery czy pięć dni.

– Dlaczego idziemy naokoło?

– Najkrótsza droga stąd do Aberhaniela wiedzie przez tereny Leśnych, ale zaufaj mi, nie można szybko przejść przez ich terytorium.

– Z powodu bagna czy może ich wrogiego nastawienia? 

– Nie, zupełnie nie trafiłeś. Leśni to takie zuchy, że każda wizyta w ich okolicy kończy się dla mnie trzydniową imprezą. Co te stworki wiedzą na temat tego, jak się w życiu dobrze bawić, to głowa mała. Nie mamy teraz jednak czasu na zabawy, lepiej więc będzie, jak wybierzemy o parę godzin dłuższą trasę, która poprowadzi nas przez tereny Fiklaków. Nie są to może najprzyjemniejsze stworzenia, ale dopóki jesteś ze mną, powinieneś być bezpieczny. 

– A kim są Fiklaki? 

– Fiklaki to takie małe stworki. Nie są one częścią sił mroku, ale każdy, kto je poznał, przyzna, że z pewnością nie są dobre. Fiklaki to Fiklaki, żart natury, leśne psotniki. Ewolucja poskąpiła im siły i wzrostu. Nie są też szczególnie inteligentne, nie obchodzi ich moc, kiepsko wychodzi im czerpanie energii. Są tylko dwie rzeczy, w których Fiklaki są naprawdę dobre: pułapki i szyderstwo. Całe ich terytorium naszpikowane jest mniej lub bardziej niebezpiecznymi pułapkami. Nie przygotowują ich w celu zdobycia pożywienia, nie robią tego, żeby się obronić, konstruują pułapki tylko po to, by następnie nabijać się z bytów, które w nie wpadną. 

– Jak wiele tych pułapek na nas czeka? Czy Fiklaki są groźne?

– Nie są groźne ani okrutne. Fiklakom nie zależy na zrobieniu ci krzywdy, dla nich to zabawa, rozrywka. Są to małe, średnio rozgarnięte stworki, które, jak mi się wydaje, mają dość duże kompleksy na tle innych leśnych bytów. Figle i pułapki to dla nich forma udowadniania wszystkim wkoło, że gromada Fiklaków może każdego przechytrzyć. Słabe i głupie zwierzęta w ogóle ich nie interesują. Złapanie w pułapkę sarny czy pająka nie sprawi im frajdy. Co innego istoty inteligentne. Rasa, mieszańce, Driady, Kosmasy, Leśni, Bismaki i inne. Och, to co innego. Ktokolwiek świadomie wejdzie na teren Fiklaków, musi przygotować się na wyzwanie. Rasa często wysyła młodych wojów do lasu, traktując teren Fiklaków jako wyjątkową edukacyjną arenę treningową. 

– I naprawdę nadłożymy kawał drogi, zaryzykujemy dłuższą wędrówkę przez teren Fiklaków tylko dlatego, że nie jesteś w stanie sobie odmówić melanżu, przechodząc przez tereny Leśnych?

– Chcesz robić za przewodnika? – Werna wyraźnie zirytowała się moim marudzeniem. 

– Jeśli wolisz iść przez teren Leśnych, to droga wolna, ja idę swoją trasą. Do zobaczenia przy świątyni. – To mówiąc, przyśpieszyła kroku.

– Spokojnie, nie chciałem się wymądrzać – powiedziałem pojednawczo. 

– Czyż na bagnach nie doświadczyłeś, jak bezpieczna jest podróż po lesie w moim towarzystwie? Nawet włos ci z głowy nie spadł.

 – Dobra, niech będzie po twojemu. Czy są jakieś inne inteligentne istoty żyjące na terenach Fiklaków?

– Znam tylko jedną osobę, na tyle szorstką i jędzowatą, że nawet Fiklaki omijają ją z daleka. Lepiej dla nas, jeśli jej nie spotkamy – ucięła gniewnie.

*

Widząc, że Wernygóra od wizyty u Pana jest wyraźnie zamyślona, próbowałem znaleźć jakiś temat, żeby wędrówka minęła nam szybciej.

– Opowiadając o Fiklakach, użyłaś terminu ewolucja – zacząłem. 

– No, ewolucja, a co to, u was, Przyślaków, ewolucji nie znają? – zdziwiła się Wichura.

– Znamy dobrze ewolucję, ale u nas pozostawała ona zazwyczaj w kontrze, w opozycji do wiary. A u was i w Bogów, i w ewolucję wierzycie?

– Jak to w sprzeczności do wiary ewolucja stać może? Coście wy tam, Przyślaki, znowu nawymyślali?

– Zgodnie z wiarą panującą powszechnie to Bóg stworzył świat cały, wszystkie zwierzęta i człowieka na swoje podobieństwo. Wierzyli w to ludzie przez tysiące lat, nikt nawet nie myślał o ewolucji, przyjmowano Boski porządek świata i natury. Aż tu nagle Charles Darwin zauważył podczas swej podróży, że wszystkie organizmy zmieniają się na przestrzeni pokoleń, gatunki ewoluują tak, aby jak najlepiej dostosować się do swojego otoczenia. Wraz ze zmianą otoczenia zmienia się również najbardziej optymalna specyfikacja gatunkowa. Na tej podstawie Darwin wywnioskował, że wszystkie organizmy żywe biorą swój początek od pojedynczych komórek i z czasem przekształciły się w różne gatunki. Tak samo ludzie, nie powstali z nicości, tylko wyewoluowali z małp w trakcie tysięcy lat. Ta teoria pozostawała w konflikcie z wiarą, ale z czasem ludzie zmądrzeli i uznali ewolucję za istotne zagadnienie naukowe. 

Już w trakcie odpowiadania zauważyłem, że Wernygóra ma dziwną minę, jakby starała się nie kichnąć. Gdy tylko skończyłem, wybuchnęła głośnym i szczerym śmiechem, a wtórował jej Felek, trzęsąc się w moim gardle.

– Co was tak bawi? – zapytałem rozgniewany.

– Tak wielu bzdur naraz to ja już dawno nie słyszałam. Ale to było dobre, uśmiałam się zdrowo.

– A co konkretnie tak cię rozbawiło?

– A choćby to, że wy tacy ciemni, że myślicie, że jeszcze niedawno małpami byliście, i jeszcze to nauką nazywacie.

– Tak dużo farmazonów Rob powiedział, że aż Felek niechętnie z ukrycia wyjść musiał – dodał duszek, lewitując obok mojej głowy.

– I ty przeciwko mnie? – jęknąłem.

– Nie zapominaj, że Felek wielu wczesnym Przyślakom do mózgownic zaglądał. Zarówno ci, co się ponad tysiąc pięćset cykli temu pojawiali, jak i ci, co choćby pięćset lat temu do nas tunelem czasowym trafili, wszyscy z nich niemalże ewolucji świadomi byli. A Rob wydumał, że to Darwin pierwszy wymyślił.

– Jak to byli świadomi ewolucji? 

– Może nie znali tej konkretnej nazwy „ewolucja”, ale proces dopasowywania się gatunków był powszechnie znany. Niech Rob sam pomyśli. Ludzie dawni technologii nie mieli, gazet nie czytali. W większości całe dnie na dworze spędzali przyrodą otoczeni. Prawda to?

– Zdaje się, że prawda.

– I tam na łonie natury obserwowali gatunki wszelakie, zwierząt i roślin, czynnie próbując wzmacniać rozrodczość fauny i flory albo przeciwnie, wyniszczać szkodniki.

– Tak być musiało.

– A czy ewolucja nie polega na tym, że gatunkom słabo usposobionym trudniej się rozmnażać niż tym, co są silne, rozumne i dobrze do otoczenia przypasowane? Tak że te silne to i żywoty dłuższe mają, i więcej potomstwa po sobie zostawiają.

– Na tym właśnie polega – przytaknąłem, przeczuwając już, dokąd zmierza Felkowy wywód.

– A czy ludzkie społeczności dawne od tych praw natury wyjątek stanowią?

– U nich nawet bardziej się te prawa uwidaczniały. Kto był rozumny i bogaty, ten i zdrowiem się cieszył, i rodzinę miał zacną – przyznałem.

– Czyż więc mogli być dawni Przyślaki nieświadomi procesu tak powszechnego i dla nich osobiście tak istotnego jak ewolucja gatunków?

– No teraz to mi się zdaje, że nie mogli. A jednak uczono mnie inaczej.

– Bo oni inaczej to nazywali. Mądrość Mokai, łaska Boga Jedynego, pierwotna siła natury czy wreszcie ewolucja. Symboli różnych jak zawsze u was nie brakowało, ale to nie symbole najważniejsze w życia rozumieniu. Mądrość swoją dawne Przyślaki w głowach mieli, bo z przyrodą codziennie zbratani – wspólnie żywota prowadzili. 

– A mnie to najbardziej rozbawiło, że wyście myśleli, że od małp pochodzicie, jakby to z ewolucji wynikać miało – dorzuciła Wernygóra.

– Przyznam, że nigdy nie podważałem tej teorii, gdyż mnie to przekonywało. Łatwo się krytykuje. A jak wy tutaj tłumaczycie powstanie tych wszystkich różnorodnych bytów, które współtworzą środowisko? – odparowałem.

– A to już Mokai zamysł i mądrość tworzenia, że życie tak mnogie wykwita. Ewolucja w jej służbie działa, ale nie sama ona życie do przodu popycha. Boska fantazja i kreatywność nieustannie się w przyrodzie przejawiają. Ewolucją duchowej samoświadomości bytów rozumnych wytłumaczyć nie sposób. To Boska łaska światłości przyświecić musi, aby ducha świadomości w byt tchnąć. Dusza istot rozumnych dwoistej jest natury. Jedna część ziemna, a wprost od Boga druga cząstka pochodzi – wyjaśniła. 

Szliśmy trasą obraną przez Wernygórę przez kilka następnych godzin. Nie uszliśmy jednak zbyt daleko, już około południa okazało się, że nasza droga do celu wydłuży się jeszcze bardziej. Do Wernygóry podleciał piękny brązowo-zielony ptak rozmiarów dużego orła i zaczął świergotać. Wyraźnie nie był to przypadek.

– Oho, musimy zawracać, i to szybko – powiedziała po chwili Wichura.

– Dlaczego? Poczekaj, czy ty właśnie rozmawiałaś z ptakiem?

– To takie dziwne? Aż trudno mi uwierzyć, że w twoich czasach nikt nie zna ptasiego, to przecież taki prosty język. Ja sama nie rozumiem jeszcze wszystkich gatunków, ale cały czas się uczę.

– A skąd ta zmiana planów? Co wyśpiewał ci ten ptaszek?

– Grebron wyszedł na żer ze swej bagiennej pieczary. Nikt, zaufaj mi, nikt ani w tym lesie, ani w żadnym innym nie chce spotkać głodnego Grebrona. 

– Czym jest Grebron?

– Tak naprawdę to nie wiem. Większość czasu spędza w swej jaskini w hibernacji, poluje dość rzadko, ale kiedy już zgłodnieje, to zabija niezwykle efektywnie. Niewiele bytów przetrwało spotkanie, słyszałam tylko plotki i legendy. 

– Okej, nie musisz więcej tłumaczyć. Przekonałaś mnie przy „zabija niezwykle efektywnie”. – Miałem złe przeczucia związane z naszą trasą. Nie wiem, czy to w związku z Grebronem, czy z innego powodu, ale na wieść o zmianie trasy poczułem nagłą ulgę.

*

 Minął kolejny dzień od spotkania Pana, spędziliśmy go na niemal ciągłym marszu. W sumie od czterech dni znajdowaliśmy się wewnątrz Okrągłego Lasu. Zaczynałem nabierać pewności siebie, rośliny i zwierzęta przestały mnie już co chwilę zaskakiwać, a cała ta leśna tułaczka powoli stawała się monotonna i nużąca.

Poprosiłem Werne by powiedziała mi, kiedy wejdziemy na teren Fiklaków. Ale ona zwięźle odpowiedziała, że teren Fiklaków nie jest w żaden sposób oznakowany. Jest to bardziej umowna granica, do tego Fiklaki nie mają w lesie predatora, są irytujące, w grupie bywają zadziorne, a przy tym ze względu na żylastość są wyjątkowo mało smaczne i pożywne, dlatego nie stanowią atrakcyjnego posiłku dla żadnego bytu lasu. Z tego powodu ich populacja systematycznie się powiększa. 

Z potyczki ze Skarabeuszami rzeczywiście wyszedłem bez szwanku, ale mimo wszystko słowa Wernygóry nie napawały mnie zbyt wielkim optymizmem. Choć Wichura zdecydowanie potrafiła posługiwać się swoimi mocami, to nie była szczególnie troskliwym przewodnikiem. 

Wydawało mi się, że przez całą podróż testowała mnie w różnych „leśnych” sytuacjach. W końcu najwięcej o człowieku można się dowiedzieć, jeśli znajdzie się z nim w kłopotach. Przez całą drogę wpadaliśmy w mniejsze lub większe tarapaty. Czy Wernygóra mogła ich uniknąć, ale decydowała się hartować mój charakter w drodze do Drzewa Życia? A może moja przewodniczka miała po prostu niezaprzeczalny talent do pakowania się w kłopoty?

W trakcie tych kilku dni spędzonych razem w lesie zdążyłem najeść się owoców, które, jak się okazało potem, na Przyślaków mają inne działanie, przez co mogą powodować silne sensacje brzuszne. A kiedy oddaliłem się kawałek od ścieżki, idąc za potrzebą, zostałem pogryziony przez stado Błotników tak intensywnie, że całą twarz miałem napuchniętą. Ledwie widziałem na oczy. Na szczęście maść otrzymana od Natlelo szybko przyniosła mi ukojenie. 

Tych sytuacji można by było łatwo uniknąć, gdyby Wernygóra łaskawie zechciała ostrzec mnie w porę. Nie wydaje mi się, aby olewała mnie celowo, w końcu to ja jej pomagałem w wyprawie. Po prostu życie w lesie musiało ją zahartować, przez co miała mało troskliwy charakter i nieczęsto zawczasu udawało jej się pomyśleć o moim bezpieczeństwie. Na moje nieszczęście właśnie wchodziliśmy na tereny stworków specjalizujących się w budowaniu pułapek. Postanowiłem więc na własną rękę zadbać o swoje bezpieczeństwo.

Wernygóra musiała dostrzec moją zwiększoną koncentrację i uwagę, bo w pewnym momencie zapytała:

– Myślisz, że byłbyś w stanie przetrwać w Okrągłym Lesie bez mojej pomocy? 

– Nie no, rewelacja, że mnie pilnujesz, ale pomyślałem, że nie zaszkodzi, abym sam również zachował maksymalną czujność.

– Jak na razie świetnie sobie radzisz. – Wyczułem nutkę sarkazmu w jej głosie. – Najlepsza forma nauki to praktyka. Jeśli chcesz nauczyć się zaradności w lesie, to bycie uważnym szybko zwiększy twoją samodzielność.

– O ile szybciej coś mnie nie zabije.

– Zawsze jest takie ryzyko. – Wernygóra uśmiechnęła się szeroko.

W kwestii Fiklaków chciałem udowodnić, że jestem samowystarczalny. Przecież w XXI wieku nieraz udawałem się na samotne wędrówki po lesie. Starałem się nie tylko zachować czujność, ale też wyglądać, jakbym był niezwykle czujny. Próbowałem być jak Rambo, przyjąć mentalność komandosa i zapanować nad dżunglą. 

Czy Wernygóra mnie testowała? Jak wypadłem? Aby wyglądać jak leśny twardziel, zacząłem przypominać sobie różne sceny z klasycznych filmów akcji, które oglądałem jeszcze jako nastolatek. Zajęty tymi i innymi równie bezwartościowymi myślami nie zauważyłem, że Wernygóra przystanęła i zaczęła nasłuchiwać. Szedłem dalej naprzód, patrząc przed siebie, lecz tak naprawdę nie widząc, nie obserwując, zbyt zabsorbowany własnymi myślami. 

Wichura świetnie znała las. Prawdopodobnie w porę pojęła naszą sytuację. Mogła mnie ostrzec jednym zawołaniem, mogła powalić mnie tornadem, ale ona po prostu pozwoliła mi iść dalej, zgadzając się, aby Fiklaki przywitały się ze mną po swojemu. 

Usłyszałem i poczułem, jak pod ciężarem mojej stopy pękają na ziemi gałęzie, jednak zanim pozbyłem się zaprzątających mnie myśli, było już zbyt późno. Wpadłem do ukrytego dołu. W momencie spadania usłyszałem śmiech. Chichotanie dochodziło niemal z każdej strony, mogło mi się wydawać, ale chyba nawet Wernygórze udzielił się śmiech Fiklaków. Sama pułapka nie była może jakaś wyszukana, szybko przekonałem się jednak, że upadek to dopiero początek żartów. 

Dół wypełniony był jakąś obrzydliwą, śmierdzącą mazią, na tyle silnie klejącą, że nie mogłem się podnieść, całe moje ubranie przykleiło się do podłoża. Ale to nie był koniec. Gdy tylko Fiklaki – małe, chude, zielone stworki z dużymi zajęczymi uszami – nachyliły się nad moim dołem i upewniły się, że nie mogę wstać, rzuciły mi na twarz wór oślizgłych robaków, z których, o dziwo, niektóre były niemal równie wielkie jak same Fiklaki. 

– Ha, ha, hi, hi, złapany! Nafiklowany! – Usłyszałem, po czym do moich uszu dobiegło głośniejsze skandowanie: – FI-KLA-KI! He, he, hi, hi, hurra, FI-KLA-KI!

Wernygóra najwyraźniej uznała, że dostałem już wystarczająco dotkliwą lekcję w kwestii samodzielności na terenach Fiklaków, i silnym podmuchem wiatru odrzuciła zielonych psotników na kilka metrów do tyłu, po czym podeszła do rowu.

– Jak się podobają Fiklaki? Nauczyłeś się trochę o samodzielności?

– Bardzo śmieszne…

– Dla nich na pewno – przerwała mi, wskazując na Fiklaki, których śmiech słyszałem nawet z oddali.

– Mogłabyś mi pomóc się wydostać? Ubrania przykleiły mi się do tej mazi.

– Och, no to kiepsko trafiłeś. Ubrania nie nadają się już do niczego, musisz je tam zostawić. Rozbieraj się, a ja poszukam jakiegoś kawałka drewna lub liny, żebyś mógł się wydostać. 

Nie było wyjścia, zdjąłem ubrania i z pomocą Werngóry po chwili wygramoliłem się z pułapki w samych mocno już znoszonych majtach, które miałem na sobie od pobudki na Giewoncie. Gdybym wiedział, co czeka mnie po wyjściu, pewnie zostałbym w tej śmierdzącej mazi. 

Dosłownie gdy tylko rozprostowałem nogi, Fiklaki z grubej gałęzi drzewa za pomocą dźwigni upuściły na moje nogi wór kamieni. Znów upadłem, tym razem jednak nie do rowu. Leżałem na ziemi, czując potworny ból. Krew napłynęła mi do głowy, rozejrzałem się, znowu chichotanie, z każdej strony śmiech. 

Spojrzałem na swoje nogi, prawa kość piszczelowa była strzaskana. Po chwili uczucie bólu znikło zupełnie, mózg odciął wariujący układ nerwowy, ale w dalszym ciągu byłem przytomny i obserwowałem, jak moja noga zalewa się krwią. Wernygóra nie na żarty się rozgniewała. W szybkim odwecie, używając swojej mocy, uśmierciła pewnie ze dwadzieścia Fiklaków, a reszta stworków natychmiast rzuciła się do ucieczki. 

 

Weszkala linallo! – krzyczała w ich stronę w niezrozumiałym dla mnie języku. Felek z jakiegoś powodu przestał tłumaczyć. Nie wiedziałem dlaczego. Po chwili zemdlałem.