Sławne Czasy Roberta Onetwo

Slawne Czasy

Robert Onetwo

Rozdział VII

Przez cały następny poranek kontynuowaliśmy wędrówkę. Około południa weszliśmy na tereny bagna. Marsz nie należał do przyjemnych. Musieliśmy znacząco zwolnić, każdy kolejny krok stawiałem w ślad za moją przewodniczką. „Jeden zły ruch i noga zostanie zassana przez toksyczną maź” – przestrzegała mnie Wernygóra. Tak mocno skupiłem się na tym, by stąpać po bezpiecznym gruncie, że od kilku minut spoglądałem w dół. Nagle usłyszałem czyjś głos. Ku mojemu zdziwieniu, kiedy podniosłem głowę, okazało się, że jesteśmy otoczeni przez grupę masywnych żuków. Każdy z nich miał trochę poniżej metra wysokości i dwa metry długości. Z paszcz wystawały im długie na kilkadziesiąt centymetrów kły. Grzbiety tych owadów wyglądały na opancerzone.

– Czego tu znowu szukasz? – Felek najwyraźniej nie miał najmniejszych problemów z tłumaczeniem żukowego języka.

– A ty co, bagno dla siebie zarezerwowałeś, że będziesz mi gadał, gdzie ja mam chodzić? – Wernygóra nie wydawała się ani trochę wystraszona. Dla mnie nasza sytuacja wyglądała niekorzystnie. Bagno uniemożliwiało ucieczkę, a my byliśmy otoczeni przez sześć monstrualnych żuków, które prawdopodobnie doskonale znały te tereny.

– Wernygóra wie, że nie jest tu mile widziana. Lepiej uważaj. – Wszystkie sześć żuków równocześnie wypowiedziało te słowa. Groźba w efekcie stereo zabrzmiała dla mnie jeszcze bardziej przerażająco.

– Nie chcecie szukać ze mną zwady. Przecież wiecie, jak to się skończy. – Obserwowałem swoją towarzyszkę w niemym podziwie. Na jej twarzy nie znalazłem nawet cienia lęku.

– Pewnaś, że nie chcemy? – odezwały się wszystkie robaki jednocześnie.

Wernygóra, korzystając ze swojej mocy, bez użycia rąk rozplątała gruby warkocz. Jej długie czarne włosy wzbiły się w powietrze, każdy zdawał się odrębną bronią. Wyglądało to tak, jakby jej zwykle proste włosy nagle ułożyły się w afro. Głowa Werngóry przypominała teraz pysk lwa: z włosami sterczącymi wokół na kształt koła o niemal trzymetrowej średnicy. A po środku łypały dziko czarne oczy. Jednak żuki najwyraźniej nie były zbite z tropu tą nagłą metamorfozą swojej przeciwniczki. Zaczęły zbliżać się synchronicznie w naszą stronę, kłapiąc złowrogo swoimi kłami. 

– Wiesz, dokąd zmierzam? Jeszcze dzisiaj będę rozmawiać z Panem. Niosę tu dla niego podarek. – To mówiąc, wskazała na mnie. – Dlaczego próbujesz mnie prowokować, Skarabeuszu?

– Wernygóra tylko kłopoty nosi. 

– Nie chcecie kłopotów, to lepiej zejdźcie mi z drogi. To moje ostatnie ostrzeżenie. 

Wichura nie miała w sobie strachu, musiałem jej to przyznać, ale po prawdzie, przydałaby jej się również umiejętność pokojowego rozwiązywania konfliktów. Od początku tego spotkania prowokowała żuki. W tym momencie musiała chyba oszacować, że konflikt jest nieunikniony. Jednym ruchem ręki stworzyła trąbę powietrzną, która wyniosła mnie na gałęzie drzew znajdujących się nad nami.

Skarabeusze najwyraźniej odebrały to jako zaproszenie do walki, bo gdy tylko znalazłem się na drzewie, zaczęły pluć na Wernygórę zielonym jadem. Włosy kobiety sterowane mocą powietrza stanowiły trójwymiarową tarczę, za pomocą której osłaniała się ona przed pociskami jadu wystrzeliwanymi ze wszystkich stron. Ten podły atak brudzący włosy wyraźnie rozsierdził Wichurę. 

Jej czarne oczy błysnęły złowrogo. Z każdej strony zerwał się wiatr na tyle potężny, że musiałem obiema rękami kurczowo trzymać się gałęzi, aby uniknąć upadku. Starałem się nie uronić ani sekundy z przedstawienia odbywającego się poniżej. Trąby powietrzne wywróciły do góry nogami kolejno wszystkie żuki. Owady w charakterystyczny sposób próbowały odwrócić się z powrotem na właściwą stronę, gibając się na boki i machając nogami. Przez chwilę wydawało mi się, że żuki zostały unieruchomione, ale jak się okazało, konflikt dopiero nabierał rumieńców. Skarabeusze niemal jednocześnie odepchnęły się od ziemi. Okazało się, że za pancerzami skrywają imponujących rozmiarów przeźroczyste skrzydła. Jednakże wiatr szalejący wszędzie wkoło uniemożliwiał im sprawne poruszanie się w powietrzu.

 Wernygóra ruszała się żywo na wszystkie strony jak w tańcu, robiąc piruety, podskoki, obroty, machając rękami i nogami. Domyśliłem się, że właśnie poprzez ruch generuje moc wiatru. Wreszcie wzbiła się w powietrze i jednym gestem zerwała z okolicznych drzew charakterystyczne dla tych bagien grube zielone liany. Chwilę później zaciekle rzucała Skarabeuszami na wszystkie strony. Choć wytężałem wzrok, nie byłem w stanie wszystkiego dostrzec. Widok zasłaniały mi porwane przez wichurę liście drzew i grudy ziemi wzbijające się w powietrze podczas toczącej się walki. Nie byłem pewien, co działo się poniżej. Po chwili wszystko ucichło, a Wernygóra zawołała do mnie:

– Na dole czysto, możesz schodzić.

– Jak mam zejść? Znajduję się jakieś pięć metrów nad ziemią.

– Nie ma strachu, skacz, złapię cię w locie i sprowadzę na ziemię.

Po tym, co przed chwilą zobaczyłem, złapanie mnie w locie rzeczywiście brzmiało jak dziecinnie prosta czynność, dlatego bez strachu zeskoczyłem na dół, a Wernygóra zgodnie z obietnicą sprawiła, że miękko i bez problemów wylądowałem na dwóch nogach. Na ścieżce zaraz obok mnie znajdowały się wszystkie Skarabeusze, złączone płaskimi brzuchami w pary i powiązane lianami tak, że dwójkami tworzyły okrągłe żucze kule.

– Zachciało się cwaniakowania? – zapytała Wernygóra, jednak Skarabeusze tym razem milczały.

– Piękny pokaz. Nieźle się z początku wystraszyłem – powiedziałem.

– Bez przesady… to tylko kilka ledwie rozumnych robaków. Już ja wam dam nauczkę.

Wernygóra przywiązała pozostałe liany do tych już oplatających pary Skarabeuszów w taki sposób, że każda dwójkowa kula miała swoją smycz.

– W drogę, szkoda tracić czas na tych śmierdzących bagnach. Kto chciałby tu mieszkać – dodała, kręcąc głową.

Idąc, Wichura dzięki swojej mocy ciągnęła trzy kule za smycz, tak że żuki zmuszone były do turlania się za nami. Jednak to najwyraźniej nie było wystarczającą nauczką, gdyż Wernygóra co chwila odzywała się do żuków:

– Jak tam się wam życie toczy, insekty? Fortuna kołem się toczy, co? Mówi kula do kuli, po coście na Werne pluli? Nie kręci wam się w głowach?

A bezsilne żuki, mocno związane, nie były w stanie nic zrobić. Żaden z nich nie odezwał się już do samego końca naszej wędrówki. Zostawiliśmy je skrępowane na obrzeżach bagna.

– Na pewno sobie poradzą, no, chyba że spodobał im się taki sposób poruszania się. 

Wróciliśmy na wydeptaną leśną ścieżkę, którą ruszyliśmy szybkim krokiem w swoją stronę, a ja zapytałem Wernygórę o coś, co chodziło mi po głowie od awantury na bagnach.

– Dlaczego powiedziałaś im, że niesiesz mnie jako prezent dla Pana?

– Tylko w ten sposób mogłam zagwarantować ci nietykalność. Nie ma w tym lesie bytu na tyle głupiego, aby celowo rozzłościć Pana. A widziałam, że te prymitywne robaki już szykują się do plucia jadem.

– Opowiesz mi o Panie? Czym on jest?

– Z Panem to jest tak, że lepiej samemu się przekonać. Słowa są zbyt płytkie, żeby oddać mu sprawiedliwość. Cierpliwości, jesteśmy już blisko. 

*

Szliśmy dalej przez kilka godzin. Do zachodu słońca było jeszcze daleko, ale życiodajna kula ciepła z pewnością zaczęła już opadać. Chociaż nie byłem tego wcale pewien, gdyż znaleźliśmy się w wyjątkowo wiekowo wyglądającej części lasu, gdzie drzewa były tak gęste i wysokie, że docierały do nas tylko pojedyncze promienie słoneczne. 

W pewnym momencie trafiliśmy na polanę. Była ona niemal pusta, tylko na środku znajdował się okrągły kamień o kilkumetrowej średnicy.

– Hmmm. – W okolicy dało się słyszeć długie i głębokie pomruki. Brzmiało to dość złowrogo. Ten fragment lasu wydawał się tajemniczy. Poczułem niepokój.

– Hmmm. – Pomruki stawały się głośniejsze i wyraźne. – Mhm, co za zapach. Werna, to ty? Przyprowadziłaś mi krwawą ofiarę? Czuję smród Przyślaka w moim lesie. – Każde słowo było wypowiadane głębokim, niskim i bardzo powolnym głosem. Brzmiało to trochę, jakby ich nadawca miał problem z posługiwaniem się mową. 

Momentalnie oblał mnie zimny pot i rozejrzałem się gorączkowo dookoła. Co ja w zasadzie wiem o tej Wernygórze? Tyle, że siedziała w areszcie. Mogła naopowiadać mi jakichś bajek, zwabić do tego gęstego lasu i kto wie, co mi się teraz stanie. W pobliżu nie dostrzegłem nikogo.

– Nie czujesz? To nie byle jaki smród, ten tutaj pachnie przyszłością! – odkrzyknęła dzika wojownicza kobieta, która przywiodła mnie w to miejsce z sobie tylko znanych powodów.

– Hmm, tunele znów się otwierają? Las słucha. – A potem głos zwrócił się do mnie:

– Jak oceniasz swoich ludzi, podróżniku?

– Wiesz, byłoby mi przyjemniej rozmawiać, gdybyś wyłonił się z gęstwiny leśnej. Chciałbym cię poznać. – Starałem się, by mój głos zabrzmiał przyjaźnie i pewnie. Nie chciałem pogarszać mojej i tak już mocno nieciekawej sytuacji. 

– Skąd tyle strachu? Czyż Bogowie nie dali ci już dość dowodów swej protekcji? Twoje życie wymknęło się spod kontroli. Nie masz wyjścia, musisz uwierzyć i zaufać wyższym bytom, które cię prowadzą. Strach to ciężar, nie sojusznik. – Wypowiedzenie tak długiego zdania zajęło Panu kilka minut albo przez strach moja percepcja trochę się popsuła.

– Trudno ufać komuś, kogo nawet nie widać i kto zaczyna rozmowę od krwawych ofiar. 

– Pan żartuje. Panu nie składa się krwawych ofiar. Ty ludź słaby i niepewny, a jednak Bogom się przypodobał. Nie Panu to oceniać. – Po czym zwrócił się do Wernygóry: – Ptaki śpiewały mi, że znów cię złapali.

– Jakie tam znów? Dopiero trzeci raz przez tyle cykli. „Znów” brzmi, jakby zdarzało się to co chwila. Do tego złapali mnie po fakcie, znalazłam to, czego chciałam.

– Chwila. Taaak, wasze życie to chwila – powiedział przeciągle Pan. – Czyli zaspokoiłaś swoją ciekawość?

– Nie na tyle, by przestać. Ktoś musi się tym zajmować. Sam widzisz, tunele się wybudzają, nadchodzi wielkie przesilenie. Przed nami walka. To sielankowe podejście Rasy tylko umacnia siły ciemności. Jeśli wszystkie byty dobra nie zjednoczą się w wysiłku i działaniu, możemy nie przetrwać nadchodzących wydarzeń.

– Jeśli jestem z przyszłości, to chyba dobry dowód na przetrwanie ludzi, czyż nie? – wtrąciłem.

– Hmmm. Tunele to ostatnia linia obrony Ziemi. Gdy tunele otwarte, życie w kryzysie. Tak głosi przepowiednia. Świetlisty Wilk wyśpiewał mi ją millenia temu, kiedy las młody był. 

– Jak brzmiała cała przepowiednia? – zapytałem Pana.

– Nie na twoje małe uszy ona skrojona.

– Widzisz, Panie? Co chwila dostajemy znaki o nadejściu nieuchronnego. Musisz zadąć na alarm! Ciebie wszyscy posłuchają.

– Ciągle czekam na dowód. Ty masz poszlaki. Młódka jesteś, krew twa gorąca, rwiesz się do akcji. Wszędzie potwierdzenie przypuszczeń widzisz. Jeśli dam sygnał przedwcześnie, wywołam chaos i zamieszanie, zniszczę harmonię i porządek lasu. Póki pewności brakuje, sygnału nie dam. Pewny być muszę.

– Pewny, pewny, od tylu lat powtarzam ci, że zostaliśmy oszukani. Kosmiczne kalendarze są w błędzie. Wydaje się wam wszystkim wielce mądrym, że do przesilenia zostało jeszcze ponad trzysta lat, kiedy tak naprawdę zostało najwyżej pięćdziesiąt. Armia ciemności już niemal gotowa do przesilenia, a Rasa? Rasa zajęta sobą z własnej gnuśności i wygody nie akceptuje nagłości sytuacji. 

– Werna zagra melodię, Pan da wskazówkę.

– Latam za twoimi wskazówkami od dawna i co mi po nich, jeśli ciągle mi nie wierzysz?! 

– Wierzę… że dowód zdobędziesz, dlatego wskazówki daję.

– No dobra już, dobra, wyłaź, zagram.

Pan wydał głośny, acz melodyjny dźwięk, po którym nastąpiło niemałe poruszenie w okolicy. Dało się słyszeć, jak różne formy życia lasu zbierają się na koncert. Wreszcie na polanę wyszedł sam Pan. Była to wielka bestia z rogami szerokimi jak u łosia, jednak skierowanymi w tył, a nie na boki. Posturą przypominał człowieka, choć mierzył pewnie ponad pięć metrów. Gęste czarne futro pokrywało cały jego muskularny niedźwiedzi tors. Zamiast nóg i rąk miał ruchome gałęzie, z pleców wyrastały mu kwiaty i mech. Całości dopełniała śnieżnobiała broda i szklisto niebieskie oczy wielkości piłek do koszykówki. 

Był to zdecydowanie najdziwaczniej wyglądający byt, jaki kiedykolwiek widziałem. Nawet gdybym próbował sobie wyobrazić coś równie absurdalnego, to pewnie by mi się nie udało. W jednym istnieniu zebrała się hybrydowa esencja całego lasu. 

Pan wręczył Wernygórze instrument pokaźnych rozmiarów złożony z rurek i strun różnej długości i kształtu, a następnie usiadł na olbrzymim kamieniu naprzeciwko niej. Zaczerpnął dużo powietrza i zamknął swe lagunowe oczy. Końcówki jego majestatycznych rogów zaczęły świecić zielonym blaskiem. 

Przez cały czas byłem zajęty obserwowaniem Pana. Dopiero teraz rozejrzałem się po polanie, na której siedzieliśmy. Tysiące zwierząt, ptaków, duszków, owadów i innych bytów przebywały teraz razem z nami na polanie, a jeszcze więcej kryło się pewnie za bezpieczną linią drzew, wyczekując. 

Wernygóra przejęła instrument i używając swych mocy wirowania, poczęła tańczyć i tym samym wygrywać melodię tak piękną, że już po kilku sekundach pojąłem, dlaczego zapowiedź tego koncertu przyciągnęła liczną publikę. Nie potrafię powiedzieć, jak długo trwał popis, każdy kolejny utwór zdawał się lepszy od poprzedniego. Wernygóra wydobywała dźwięki o życiodajnej wibracji, od czasu do czasu dodając do muzyki śpiew. Śpiewała głęboko z serca. Energia, którą roztoczyła na polanie, sprawiła, że pierwszy raz, od kiedy znalazłem się w tym świecie, zapomniałem o wszystkim innym, stapiając się z muzyką. 

Nie da się dosłownie przetłumaczyć poezji, dlatego niektórych z tych utworów nie rozumiałem, a inne wierszowane teksty piosenek Felek, inspirowany słowami Wernygóry, przekładał, korzystając z zasobu słów, jakie znalazł w moim umyśle. 

*

JEDEN

Wciąż w ludziach drzemie

Percepcja właściwa.

Wolność i Miłość

To jej spoiwa.

 

W obecnej chwili

Wolność się chowa,

W każdej sekundzie

Powstaje od nowa.

 

Możesz coś zmienić,

Każdy z nas może!

Chwila oddechu

Ci w tym pomoże. 

 

Czas leczy rany.

Co leczy czas?

Promień ułudy 

Niewoli nas.

 

Możesz coś zmienić,

Każdy z nas może!

Nie znajdziesz sensu

W telewizorze. 

 

Życie rozgrywa się

Na łonie natury.

Okaż jej więcej

Respektu i kultury.

 

Możesz coś zmienić,

Każdy z nas może!

Zamiast się ścierać,

Zostań na dworze.

 

Kwestionuj, co widzisz

W codzienności dokoła.

Indywidualne podejście

Z marazmu wyrwać zdoła.

 

Gdy każdy swe myśli

Zmienić spróbuje,

To prawda i dobro

Z tego wykiełkuje.

 

Bo natura żyje chwilą,

Obecnym momentem,

A człowiek wabiony 

Umysłowym odmętem

 

Ucieka od piękna,

Unika oświecenia,

Zatraca się w czasie

Pełnym cierpienia.

 

Czas zrozumieć

To nie go miarkować,

Nie liczyć, nie gonić,

Momentu kosztować.

 

Niech płynie radość

Z takiego podejścia,

Nie troski, pragnienia

Rodzące nieszczęścia.

 

Znajdź w sobie pierwiastek

Jednoczącego oświecenia.

On w każdym równy,

Niezależnie od pragnienia.

 

Tak właśnie prawda 

Na wierzch wypływa,

Z ucisku mroku

Dyskretnie wyrywa.

 

To właśnie prawda

Na wierzch wypływa.

Wolność i miłość

To jej paliwa.

 

DWA

Są w świecie ludzie

Nieświadomi bólu,

Nieznający łez

I tacy, którzy

Akceptują, że

Jest, jak jest.

 

Czemu tak trudno kochać przez ego?

Czy jest to miłość siebie samego?

Uczucia znajdziesz również poza ego,

Porzuciwszy żądze, dojdziesz do tego.

 

Samotność jest unikana,

Społecznie niepożądana,

W kulturze przeklinana,

Bo prowadzi do izolacji.

Żyjący w lęku przed nią

Nie mają jednak racji.

 

Towarzystwem radować się trzeba.

Komunikacja jest darem z nieba.

Warto jest innych kochać szczerze,

Lecz miłość nie z rozmowy się bierze.

 

Samotność pozbawia nas pragnień, marzeń. 

Medytacja uczy bez doznań, bez wrażeń,

A natura daje nam charakterów wiele,

Więc znajdź sojusznika we własnym ciele.

 

Pustelnia chwilowa,

Co za nią się chowa?

Bez lęku tam zajrzyj 

I sprawdź, co przyniesie.

Podstawowa pustka

Twego ducha uniesie

Nie wysoko, nie nisko,

Lecz prosto do celu.

Teraz raduj się życiem,

Oświecony przyjacielu.

 

Ni z przywiązania,

Ni z podniosłości,

A tylko z serca 

Głębokiej błogości.

 

 

TRZY

To my, idee 

Nadzieją natchnione.

To my, idee 

Słowem przygniecione.

 

To my, idee, 

Pukamy nieśmiało, w amoku,

Do logicznego myślenia toku.

 

To my, idee, 

Nie znajdziesz nas w mediach.

Brzydzimy się obecną polityką,

Zrodzone w duchu i w sercach

Rozbrzmiewamy poezją, muzyką!

 

To my, idee,

W nas dawna siła drzemie.

Więc porzuć rutyny korzenie,

Daj nam spokoju moment,

Otwórz serce i trwaj kontent.

 

To my, idee,

My dobrem czystym odpłacamy.

Pola szczęścia udostępniamy.

Z duszy melodia ujścia szuka.

Nasza ekspresja to twoja nauka.

 

To my, idee,

W wolności pierwotnie zakorzenione

Znajdujemy standardy nienarzucone,

Gonimy za pasją, spragnione wrażeń.

Otwórz swój umysł na krainę marzeń.

 

Miarkuj po swojemu,

Dokąd zmierzać próbujesz.

Podążając za tłumem, 

Tylko życie marnujesz.

 

Podróżuj, bracie, z wiatrem,

Wyjdź poza dwoistość.

Siostro, płyń przez życie,

Akceptując rzeczywistość.

 

Bo wszystko w jedności

Swój początek bierze.

Dostrzeż pierwiastków

Odwieczne przymierze.

 

Znajdź całe piękno,

Które w chwili się chowa.

Dziecięcą naturę

Rozbudzisz od nowa.

 

Znajdź w sobie chwile 

Świadomej refleksji.

Ni z przywiązania,

Ni z podniosłości,

A tylko z serca 

Głębokiej błogości.

*

Świetlne duszki, które po zachodzie słońca przywołane muzyką zaczęły schodzić z czubków drzew, unosiły się w barwnej choreografii odpowiadającej rytmom melodii.

Po skończeniu koncertu żaden byt obecny w tej części lasu nie wydał dźwięku, pozostawaliśmy w bezruchu, zahipnotyzowani głębią przedstawienia. Jednocząca cisza była zarazem przedłużeniem i zwieńczeniem występu Wernygóry. Dopiero po kilku minutach sama artystka przerwała ciszę.

– No to słucham? Jaka jest twoja wskazówka, mądralo?

– Tak piękna muzyka… a tak pyskaty charakter. Powiem, zasłużyłaś, dziękujemy za to doświadczenie. – To mówiąc, olbrzymi Pan pokłonił się tak nisko, że przez moment wydawało mi się, że złamie się wpół pod ciężarem monstrualnych rogów. 

– Odnajdź zegar Bogów, który wciąż bije w zasypanej świątyni, a zyskasz dowód, który wszystkich przekona. Boski zegar nigdy się nie spóźnia, nigdy się nie myli.

– Rozmawialiśmy o tym zegarze już wiele razy! Myślałam, że powiesz mi coś nowego.

– Teraz masz ze sobą przewodnika, wreszcie możesz trafić.

– Jakiego przewodnika? Jego? – zapytała z niedowierzaniem, wskazując na mnie.

– Ha, ha, ha! Podróżnik nie znalazłby góry na polu. Ale on rozumny skarb w sobie nosi, mądrość lat, wiedzę i doświadczenia. Z tym skarbem traficie do celu.

Rozumny skarb? Czy chodziło mu o medalion Mieszkańca? Chwilę zajęło mi zrozumienie, o czym mowa, po czym wypaliłem:

– Mówisz o Felku?

– A kim jest Felek? – zapytała Wernygóra.

– To duszek czasu, pomaga mi, od kiedy przeszedłem przez tunel.

– Zjednałeś sobie ducha czasu?

– A myślałaś, że w jaki sposób mówię waszym językiem? Nauczyłem się go biegle w trzy dni? 

Pan odezwał się głosem jeszcze niższym niż dotychczas: 

– Pamiętasz mnie, bycie ostateczny? – Po czym zawył głośno, a wszystkie formy życia, które po koncercie pozostawały w okolicy, natychmiast rozproszyły się w głębinach lasu.

– Wyjdź z ludzkiego ukrycia, zostaliśmy we czwórkę. 

– Oczywiście, że pamiętam. Pamiętam, jak wycofałeś się ze świątyni, ustępując oszalałej Rasie. – Felek unosił się już kilka metrów obok mojej głowy.

– Nikt nie zasługiwał na ten konflikt ani na zwycięstwo. Nie mogłem wybrać strony, tylko czas mógł wygrać tego dnia. 

– Piękne zwycięstwo z tego wyszło, czyż nie? – Felek był wyraźnie bardziej pobudzony niż kiedykolwiek. 

– Ponad dwa tysiąclecia względnego spokoju. Czy to nie sukces?

– Ty wiesz, o co chodzi? – zapytałem szeptem Wernygórę. 

Felek usłyszał i zaczął opowiadać:

– Była w tym lesie dawno temu świątynia pierwotnej potęgi przyrody.

– Świątynia, w sensie budynek?

– Było to drzewo, według legend zasadzone przez samą Mokaję na cześć początku cyklu jasności. Od niepamiętnych czasów drzewo to, nazywane Aberhaniel, stanowiło miejsce mocy i kultu kluczowe zarówno dla Rasy, jak i bytów lasu. Przez tysiąclecia wszystkie istoty korzystały z jego dobrodziejstw we wzajemnym szacunku dla siebie i różnic między sobą. Rasa wedle swoich Boskich praw, byty lasu zgodnie z prawami przyrody. Obie strony uważały Drzewo Życia za swoją świątynię, arenę dla własnych obrzędów. Z czasem zaczął narastać konflikt z powodu różnych obyczajów. Dla Rasy tereny w pobliżu Drzewa Życia były miejscem płodności i rozwiązłości, oazą nieskrępowanej wolności, gdzie młodzi wiekiem i duchem oddawali się uciechom na łonie natury. Dla bytów lasu tereny wyznaczane przez korzenie Aberhaniela były miejscem zadumy, kultu potęgi, czci Bogów i szacunku dla przyrody. Po kilku dekadach tego kulturowego rozłamu dysonans przerodził się w regularną wojnę. Był to największy i ostatni masowy konflikt pomiędzy Rasą a bytami Okrągłego Lasu. Wojownicy Rasy w decydującym momencie bitwy zmiażdżyli leśne siły. Pan ze swoimi sojusznikami odstąpił od walki przytłoczony widokiem licznych zniszczeń, jakie pozostały po bitwach w Okrągłym Lesie. Swoją decyzją zachwiał równowagę sił i zdecydował o triumfie Rasy. Jednak członkowie Rasy nie mogli nacieszyć się swym zwycięstwem. Boska moc Mokai bijąca głęboko z wnętrza Aberhaniela nie mogła znieść ogromu cierpienia. Z krwi przelanej tego dnia powstała Kula Krwi, która po dziś dzień emanuje śmiercią i zniszczeniem. Cały teren niegdysiejszej świątyni obumiera. Energia tego miejsca z życiodajnej stała się mroczna i śmiercionośna. Winnych było wielu, a wśród nich Felek, który jako dobry duszek miał za zadanie pielęgnować harmonię Drzewa Życia, ale zawiódł. Felek zawiódł na całej linii…

– I uciekł z lasu na wieki – dokończył Pan.

– Felek stracił swój dom, stracił swych bliskich, stracił sens egzystencji.

– Hmmm, a jednak trwa dalej.

– Felek nie wiedział, co począć, błąkał się bez celu, aż w końcu dowiedział się, że niedługo po upadku świątyni tunel czasowy się w górach otworzył. Jako swoją nową misję jego pilnowanie Felek obrał. 

– Czyli Drzewo Życia obumarło?

– Na szczęście trwa dalej, ale już nie tak jak dawniej. Tylko Aberhaniel w swym majestacie życia równoważy moc Kuli Krwi, nie pozwalając, aby cały Okrągły Las pogrążył się w śmierci i zniszczeniu. Ale płaci za to wielką cenę. Płaci za to własną Boską mocą i energią. 

– Czy próbowaliście oczyścić świątynię?

– Próby były… niestety nieudane. Drzewo Życia na zawsze krwią splamione. – To mówiąc, Pan zawył raz jeszcze, tym razem niezwykle przeciągle i gorzko, a potem dodał: – Duszek wie, gdzie zegar tyka. – Po czym obrócił się i bez słowa pożegnania odszedł w głąb lasu. 

– Co teraz? – zapytałem po chwili, chyba głównie po to, aby rozładować wyjątkowo gęstą atmosferę.

– Duszku, czy pójdziesz ze mną na tereny świątyni? – odezwała się Wernygóra.

– Felek idzie tam, gdzie idzie Rob – odparł duszek. 

– A czy jeśli tam pójdziemy, to naprawdę będziesz wiedział, gdzie znajdziemy ten zegar? – zapytałem Felka.

– Pewności nie ma, ale to właśnie dobre duszki zegar stworzyły, więc jest z nim Felek połączony jedną częstotliwością – odpowiedział. 

– Chodźmy, Rob. Nie daj się prosić, od lat jestem na misji przebudzenia Rasy i innych świadomych bytów. Wydaje mi się, że nikt inny się tym nie przejmuje. A ja czuję, czuję w kościach, czuję w głowie, czuję w duszy, że zostało nam już może maksymalnie z pięćdziesiąt lat do przybycia Światowida. Mam zegar w swym sercu, ale on bije tylko dla mnie. Potrzebuję dowodu dla innych – zwróciła się do mnie Wernygóra. 

– A zatem ruszajmy w drogę. Może właśnie w tym celu pojawiłem się w tym świecie – postanowiłem. 

– Świetna decyzja Rob, ale wyruszamy jutro o świcie. Zmrok już zapada, a zagajnik Pana to z pewnością jedno z najbezpieczniejszych miejsc w całym Okrągłym Lesie – odpowiedziała na to moja towarzyszka. 

*

Kolejna noc, kolejny nietuzinkowy sen. Tym razem znów byłem w 2019 roku. Latałem jako niewielki ptak po jakimś dziwnym, nieznanym mieście. Usiadłem na parapecie w bloku, zajrzałem przez szybę do mieszkania. W salonie siedziało starsze małżeństwo. Nie tylko słyszałem ich rozmowy, ale i rozumiałem ich myśli. Były one dla mnie tak wyraźne, jakby małżonkowie mówili wprost do mnie. Zmieszany poderwałem się do lotu, kołowałem chwilę nad miastem, a następnie poleciałem w stronę rozświetlonej galerii handlowej. Tak wiele dźwięków miasta mieszało się z szumem myśli, który odbierałem mimowolnie, że już po chwili mocno rozbolała mnie głowa, zawróciłem i udałem się do niewielkiego parku. 

Było tam bardzo spokojnie, głosy ucichły. W pierwszej chwili wydawało mi się, że w parku nie było nikogo, ale kiedy usiadłem na gałęzi, dojrzałem mężczyznę w średnim wieku. Miał na sobie marynarkę, a na głowie sfatygowany kapelusz. Siedział na ławce nieruchomo, pogrążony w zadumie. Jego myśli również odbierałem bez żadnego wysiłku. Nawet bez chęci. Czułem, że wolałbym po prostu posiedzieć na gałęzi, ale nie mogłem nie słyszeć, tak jak jego myśli nie mogły nie płynąć:

„Jest jedna rzecz wspólna wszystkim ludziom na Ziemi – obecny moment. Odbieramy naszymi zmysłami jedność teraźniejszości. Po przemieleniu przez młyny poprzednich doświadczeń, jakie nieustannie obracają się w naszych głowach, teraźniejszy moment staje się kwestią indywidualną. Następnie pod wpływem umysłu zmienia się w personalne odczucie, dopasowane do naszego charakteru. 

Jednak jeśli życie jest dla nas srogie, doświadcza nas przykrościami, bólem czy cierpieniem, to zawsze możemy porzucić te osobiste filtry rzeczywistości i powrócić do obecnego momentu, w którym zanika wszystko inne. To niesamowite, jak zapomniana i niezauważana w dzisiejszych czasach jest ta pierwotna, wspólna wszystkim ludziom zdolność do oswabadzania się z niewoli własnego umysłu.

Tempo życia jest zatrważająco gwałtowne, zbyt wielu trwa w ciągłym intelektualnym wysiłku i emocjonalnym napięciu, zapominając o tym, jakie ukojenie może przynieść powrót do niefiltrowanej teraźniejszości. Przestając słuchać własnego ego, chociaż na kilka chwil, możemy uzyskać niemal animalną percepcję wolną od trosk. 

Jak wyzwalające jest to uczucie, kiedy uda nam się zostawić cały śmietnik toksyn poza swoim umysłem i trwać w czasie, który jednoczy wszystkie byty w obecnym momencie. 

A jednak ja siedzę tu i myślę. Myślę, nie mogąc pogodzić się z jej śmiercią. Dlaczego tak trudno mi porzucić umysł?”.

Poderwałem się do lotu i już w powietrzu zastanawiałem się nad przekazem odebranym od tego przygnębionego człowieka. Wznosiłem się wysoko w górę, aż przysiadłem na antenie znajdującej się na dachu wieżowca. Poniżej, za przeszkloną szybą, dojrzałem kobietę siedzącą przy bogato zdobionym biurku. Pisała do kogoś list:

 

„Życie lżejsze nie będzie, nie ma tu znaczenia, jak potoczy się Twoja przyszłość, możesz być bogatą, popularną, uzdolnioną kobietą sukcesu, ale nawet wtedy życie nie będzie lżejsze. Jedyna ucieczka od pragnień prowadzi przez wyżyny duchowości, postawy tak wymagającej i skomplikowanej, jak szlachetnej i czystej. Nie dla nas ta ścieżka. 

Tak więc trzeba zaakceptować przygnębiającą prawdę, że każdy scenariusz, jaki się może przydarzyć, wymaga stawienia czoła niewygodnym sytuacjom. Im szybciej nauczysz się pokonywać przeszkody, a nie je omijać, tym prędzej będziesz mogła obrać jakiś konkretny kierunek w życiu, nie trwając w przywiązaniu do iluzorycznej drogi najprostszych decyzji. Negatywne emocje nie znikną, z czasem nabieramy tylko wprawy w ich kontrolowaniu.

Pozwalaj życiu płynąć bez przywiązywania się, akceptując rzeczywistość, nawet jeśli ta niemal nigdy nie spełnia naszych oczekiwań. To właśnie, moja córko, jest kluczem do szczęścia”. 

Na końcu snu w mojej głowie pojawiła się Kula Krwi. Choć nigdy jej nie widziałem, od razu byłem pewien, że to właśnie to. Przyzywając mnie do siebie, Kula cicho mówiła: „Musimy sobie pomóc”. „Ty uwolnisz mnie, a ja ciebie”. „Słuchaj, a wskażę ci drogę”. Postanowiłem nie mówić o tym śnie nikomu. Być może Felek sam to wyczuł, ale nie miałem pewności, gdyż w towarzystwie Wernygóry duszek nie komunikował się ze mną prawie wcale.