Sławne Czasy Roberta Onetwo

Slawne Czasy

Robert Onetwo

Rozdział VI


Ta noc nie należała do udanych, nie śniłem ani przez chwilę, jarzmo niewoli, nawet jednodniowej, skrępowało mi ducha. Gdy udawało mi się zasnąć, po chwili budziłem się i nie mogłem uspokoić myśli. Już przed świtem byłem na nogach, gotowy do wyjścia na wolność dreptałem w miejscu. Wreszcie przyszli strażnicy. Bez słowa czy gestu pożegnania odprowadzili mnie poza granice wytyczone przez świetlistą piramidę.

– Po zastanowieniu Felek wesoły, że tak wyszło, im krócej w mieście, tym lepiej, tłumy męczące, w lesie odetchniemy przestrzenią.

– Czy Sasy i kreacja to magia, o której wspominałeś mi wcześniej, Felku? – Podczas mojej krótkiej wizyty w Kra-wedzi ujrzałem niemało cudownych rzeczy. Zdawało mi się, że wszędzie wkoło mam do czynienia z czarami.

– Trochę tak, ale nie do końca. Magia w swej istocie jest dużo bardziej tajemnicza. Kreacja powstaje na bazie energii eteru. Zarówno Rasa, jak i kilka innych bytów potrafią wykorzystywać tę wyjątkowo modalną energię do własnych potrzeb na wiele sposobów. 

– Energia eteru? Mógłbyś to rozwinąć?

– Spróbuję w tłumaczeniu ograniczyć się do twoich limitowanych zasobów wiedzy i rozumienia.

– Dziękuję, że łaskawca zniży się do mojego poziomu – odciąłem się sarkastycznie.

– Istnieje wiele różnych rodzajów energii. Przeplatanie się tych energii, ich wzajemne interakcje i wpływ na byty świadome nazywamy mocą. Z tych licznych energii dwie szczególnie istotne powstają w wyniku rozpadu materii, dlatego są one do siebie podobne, lecz przy tym całkiem różne, niczym przeciwne bieguny. Pierwsza energia jest ci doskonale znana, to energia eksplozji. Wy, ludzie późni, opanowaliście ją, zdaje się, do perfekcji. Ogień, spalanie, prąd elektryczny, reakcje termojądrowe, a nawet panele słoneczne czy wiatraki – wszystko bazuje na lepszych i gorszych wcieleniach energii eksplozji. W swej typowo Przyślakowej chciwości opanowania tego oczywistego i namacalnego fenomenu całkowicie zignorowaliście inny rodzaj energii, a konkretnie energię implozji. Oczywiście nie brakowało jednostek zdolnych ją dostrzec i zrozumieć, jak choćby wspomniany już Franciszek Rychnowski, który zbudował maszynę mogącą akumulować ładunki implozji. Nie był on jedynym wynalazcą przeświadczonym, że coś wam umyka, a jednak nikomu nie udało się przebić do mainstreamu. Zapewne dlatego, że swoimi odkryciami mogliby zmniejszyć zasięg kontroli, jakim dysponują szarzy.

– Czym jest więc ta energia implozji?

– Zapowiada się ciekawa lekcja. Używając twojej wiedzy z chemii i fizyki, Felek – choć gardzi waszą nauką, gdyż zbyt dużo jest w niej dogmatu i taplania się we własnej symbolice – spróbuje wytłumaczyć ci złożoną koncepcję, jaką jest energia implozji. W waszej kulturze naukowcy od dawna myśleli, że materia składa się z cząstek. Najpierw były to tylko przypuszczenia, potem udało się „udowodnić” istnienie atomu i od razu założono, że jest to najmniejsza cząstka materii, a kto mówił inaczej, ten nieuk i fizyczno-chemiczny heretyk. Potem okazało się, że atom można jednak podzielić na elektrony, protony i neutrony i to są najmniejsze cząstki składowe, i tak już musi być, a kto się nie zgadza, ten naukowy imbecyl. Następnie dowiedziono, że jądro atomowe składa się z kwarków i gluonów, kolejny raz wyszło więc na to, że wasi naukowcy mało wiedzieli, kiedy myśleli, że wiedzą wszystko w tym temacie. Teraz Felek będzie musiał trochę uogólnić, tak aby łatwiej było ci to pojąć. Gluony i kwarki w swych wzajemnych wiązaniach nieustannie implodują, zmieniając swą masę w energię. Wyobraź sobie, że każde jądro atomowe to coś jak żywa fabryka zasilana mikrocząstkami trafiającymi na tę planetę ze Słońca. Te cząstki Słońca nazywane są u was neutrinami. Neutrina stanowią pokarm dla kwarków i gluonów. Czyli kwarki i gluony używają pożywienia neutrinowego do niekończącego się cyklu samoodnawiania. Starsze gluony ulegają implozji, zmieniając się w niewykrywalną dla was, Przyślaków, energię implozji, a ich miejsce w tej samej chwili zajmują nowo wytworzone gluony, tak że zmiana, która nastąpiła, jest niemożliwa do zaobserwowania. Energia implozji wytwarzana w tym procesie trafia do eteru – wszechobecnej przestrzeni, gdzie powoli przeciwnie do grawitacji unosi się do góry. W efekcie finalnym niewykorzystana energia implozji ucieka z naszej atmosfery. Opuściwszy następnie stratosferę, w swej kosmicznej podróży cząstki energii implozji formują fenomen nazywany u was dosyć myląco „chmurami ciemnej energii”. Jest to całkiem zabawne, zważywszy na fakt, że to właśnie energia, którą wy nazywacie „ciemną”, jest tak przydatna i popularna w naszym wielkim cyklu światłości. Dodatkowo ten nieadekwatny termin językowy ukrywa prawdziwą rolę tej energii we wszechświecie. Wszak w jednym ze swych stadiów te chmury implozji mają znaczący wpływ na powstawanie nowych słońc w galaktyce. Jeśli zrozumiałeś mój wywód, to wiesz, że w każdym miejscu na Ziemi w każdej sekundzie miliardy gluonów implodują, zostawiając po sobie energię implozji lub eteru (gdyż to właśnie z eteru możemy ją pobierać). Wszędzie na Ziemi, za sprawą Słońca, energia eteru powstaje samoczynnie, nie trzeba mieć ropy, węgla, wiatraków, elektrowni atomowych. Jest to energia zsyłana przez Słońce, energetycznego opiekuna tego układu planet, dla wszystkich istot żyjących w tym świecie. Rasa ze wszystkich bytów rozumnych najbardziej w wykorzystaniu energii implozji się specjalizuje, to dzięki tej energii ich Rody jaśnieją ponad innymi. Żadnej energii nie wolno jednak nadużywać, balans i harmonia najwłaściwszą moc skrywają.

– Skąd wiesz, że w naszych czasach energia ta dalej się wytwarza? Może w wielkim kole mroku na Ziemię nie docierają promienie słoneczne o takich właściwościach?

– Wiem, przecież już dwa razy Robowi mówiłem, że kilku waszym późnym Przyślakom udało się ją wykorzystywać. Czyli musi być ona obecna w waszym świecie, bo jakby źródło tej energii wyschło zupełnie, to nikt nie miałby do niej dostępu. Nawet jeśli jej przepływ jest ograniczony, to i tak jest ona niesamowicie potężna. W dodatku przesilenie i u was się zbliża. Coraz więcej światła Wszechsłońca docierać zacznie na powierzchnię, mrok rozbijając, a dzięki temu jeszcze więcej energii eteru gromadzić się na Ziemi będzie. 

– Brzmi to niesamowicie interesująco. Ja mogę jedynie słuchać i kiwać głową, ale ciekawi mnie, jak wyglądałaby twoja dyskusja z naszymi naukowcami, którzy chcieliby przedstawić kontrargumenty.

– Nie z każdym dyskutować warto – uciął szybko Felek.

– W jaki sposób Rasa wykorzystuje energię eteru?

– Sposobów są tysiące, praktyczne i fantastyczne też. Znasz już kreację, ona również w połowie powstaje z energii eteru. Sas to wyjątkowe miejsce, gdzie energia implozji i energia ziemi wydzielają się w optymalnych proporcjach. To właśnie zlepek tych energii jest fundamentem mocy kreacji. Używając energii implozji, wprawni energetycy potrafią na przykład regulować temperaturę tylko za pomocą własnej woli współpracy z eterem. Podgrzewanie potraw, mikstur i wywarów również odbywa się w oparciu o energię implozji. Oczywiście jej regeneracyjne właściwości wykorzystywane są też w lecznicach.

– Ogień znany w moich czasach nie jest tu w takim razie popularny?

– To prawda, choć też bywa używany, szczególnie w trakcie ciemni. Ogień jest też istotnym elementem w rytuałach pogrzebowych. 

– Myślisz, że mógłbym nauczyć się używać energii eteru? 

– Kto trenuje, ten efekty czuje. Wydaje się jednak Felkowi, że jest to mało prawdopodobne. Nawet w kole mocy mógłbyś nie znaleźć dość świadomości, aby zbratać się z tą energią.

– Kole mocy?

– Och, okręgi i kule w naturalny sposób skupiają energię eteru, utrudniając jej ucieczkę do nieba. Nigdy nie zastanawiałeś się, dlaczego studnie są okrągłe, talerze, miski, drzewa, nasiona, owoce? Nawet ludzie mają w sobie tak wiele okrągłych kształtów czy otworów. Pomimo tego, że wy, Przyślaki, niemal całkowicie ignorujecie energię implozji i nie jest ona częścią waszej kultury, to jednak podświadomie ją odczuwacie i łakniecie jej bliskości. Właśnie dlatego tak upodobaliście sobie tworzenie okrągłych kształtów zarówno w życiu codziennym, jak i w miejscach kultu. Gdy wiemy więcej, inaczej interpretujemy fakty. Problem powstaje, kiedy wie się niewiele, a mimo tego próbuje się zinterpretować całą rzeczywistość. Nieświadomość spuścizny praojców waszych mocno krępuje zdolności poznawcze ludzi przyszłości. Felek posłuży się metaforą przestrzenną: stworzona przez was kultura przyszłości zamyka was w ciasnym sześcianie, w którym macie dostęp tylko do małego fragmentu kuli możliwości. Nielicznym jednak udaje się uciec i pozbyć się tej ograniczonej perspektywy narzuconej odgórnie całemu społeczeństwu. Robowi się udało, nawet jeśli twierdzisz, że zdarzyło się to przypadkiem. 

*

Byliśmy zaabsorbowani komunikacją myślową, ale mój strachliwy kompan przez cały czas pozostawał czujny i uważny. W pewnym momencie najwyraźniej czegoś się przestraszył i swoim zwyczajem schował się do najbezpieczniejszej kryjówki na całym świecie, czyli do mojego gardła.

Uciekanie i chowanie się to ty masz opanowane do perfekcji – pomyślałem do duszka.

Następne kilkanaście kroków stawiałem wolniej i ostrożniej, mając świadomość, że Felek nie schował się bez powodu.

– W zasadzie to powinnam ci podziękować. – Zatrzymałem się, głos brzmiał jakoś znajomo.

– Zamieszanie, jakiego narobiłeś, tylko ułatwiło mi ucieczkę. Poradziłabym sobie tak czy inaczej, ale po co się przemęczać, jeśli ktoś przypadkiem odwala za mnie połowę roboty. 

– To ty? Uciekłaś z więzienia? 

– Nie pierwszy i nie ostatni raz. Rasa może ci się wydawać potężna i majestatyczna, bo jesteś tu nowy, ale z mojego doświadczenia oni są przede wszystkim naiwni i przewidywalni. Tak przywiązani do swoich praw i zwyczajów, że nie korzystają z wyobraźni, dzięki czemu przy odrobinie wprawy łatwo ich przechytrzyć. 

Wernygóra była nieco wyższa niż ja, musiała mieć ponad dwa metry wzrostu. Jej długie czarne włosy związane w warkocz opadały na kształtne piersi. Skórę miała koloru ciemnobrązowego. Jej duże czarne oczy, w których dostrzegłem dzikość, błyskały w świetle porannego słońca. 

– Zawsze myślałam, że te tunele czasowe to tylko bajki, a tu proszę. Ciesz się, że wyrzucili cię z miasta, zanudziłbyś się tam na śmierć. Całe społeczeństwo dobrowolnie otępione kryształem. – Jej głos był charakternie zachrypnięty, kontrastował z melodyjną i czystą dykcją członków Rasy, których słyszałem dotąd. 

Ciekawe, czy w tym świecie pytanie kobiety o wiek może być traktowane jako nietakt? – pomyślałem, gdyż za nic nie mogłem oszacować jej wieku. 

– Otępione? Kryształ wydał się dodawać mocy, wzmacniać życie.

– Och, niezaprzeczalnie, boski kamień jest zjawiskowy w swym ogniskującym działaniu, ale tylko jeśli czerpiemy z niego raz na jakiś czas, w nagłych, awaryjnych sytuacjach, a nie w trybie ciągłego brania. Masz rację, kryształ sam w sobie jest nieszkodliwy, a nawet dobry, ale nadużywanie jego mocy uzależnia, a uzależnienie osłabia i otępia. Duch na stałe zamknięty pod kloszem piramidy jest bezpieczny i jest mu wygodnie, ale brakuje mu wolności, dzikości i nieprzewidywalności, a to właśnie te cechy rodzą spryt, intuicję i mądrość życiową. 

– Mimo wszystko dla mnie nie wyglądali na otępionych. Powinnaś zobaczyć społeczeństwo przyszłości, słowo „otępiony” nabrałoby wtedy dla ciebie nowego znaczenia. 

– No tak, w sumie racja. Liczy się skala poznawcza, to w oparciu o nią interpretujemy zdarzenia. Twoja skala musi być dość spaczona, jeśli widziałeś tylko społeczności gorsze niż to, co reprezentował sobą Ród Kra-wedzi. Jeśli uda ci się poszlajać ze mną dość długo, zobaczysz, co to znaczy równi kompani przygód. Ale zanim otworzę ci oczy i głowę na autentyczne wspaniałości tego świata, chciałabym dowiedzieć się więcej o twoich czasach. O ludziach i Bogach, o przyrodzie i o niebie, a najbardziej o mocach, których używacie. 

– Zdajesz sobie sprawę, że przybywam do was z końcowego czasu cyklu mroku? Wydaje mi się, że moja opowieść tylko cię znudzi, nie mamy ani bogów odwiedzających Ziemię, ani mocy.

– Jeśli tak twierdzisz, to najwyraźniej nie wiesz, o czym mówisz. Teraz trwa era jasności, dlatego światłość jest dominująca, ale ciemność również się rozwija, przenika do rzeczywistości i ją penetruje. Wszechświat od zawsze kultywuje równowagę, co podpowiada mi, że nawet w waszych mrocznych czasach łaska Bogów światła może spływać licznymi, choć ukrytymi strumieniami. A ty mi tu głupkowato wyjeżdżasz, że nie macie Bogów.

– W jaki sposób rozumiesz pojęcie bogów? Słyszałem już o kilku różnych bogach i o Bogu Jedynym. Skąd ta sprzeczność?

– To nie sprzeczność, ale limit nałożony przez ograniczone pojmowanie, jakim dysponujemy w tym wcieleniu. Jest jeden Bóg, Stworzyciel i Sprawca prafaktu, którego nie jesteśmy w stanie pojąć w Boskiej pełni, możemy tylko dostrzec jego cień w przypływach jednoczącego poznania rzeczywistości. Jednak dla większości Rodów Rasy, ludzi gór czy bytów lasu pojęcie wielkości Boga Jedynego w jego całościowej nieopisywalności jest niezwykle trudne do ogarnięcia. Chwilowe wejrzenia w Boską esencję w ramach oświecenia są możliwe i zdarzają się – w akcie łaski spływając na jednostki, jednak osiągnięcie trwałego rozumienia Boga w tej najwyższej formie jest zbyt trudne dla niemal wszystkich istot rozumnych na Ziemi. Jesteśmy go świadomi, czujemy, miłujemy, ale w rzeczywistości zwracamy się do licznych Bóstw stanowiących części, fragmenty Boga Jedynego. Cząstki te są dla naszego pojmowania bardziej rzeczywiste, gdyż odnajdujemy w nich fragmenty ziemskiego człowieczeństwa. Relacja, którą możemy nawiązać z Bóstwami, sprawia, że myślowo-duchowe akty wiary do nich kierowane zyskują moc sprawczą. Każda istota myśląca w coś wierzy. My mamy świadomość, że Bóstwa to zarówno adresaci, jak i efekty naszej wiary. Kiedy w akcie wiary przenosimy część mocy naszego ducha na jedno z Bóstw, uzyskujemy dostęp do źródełka mocy zgodnego z naszą wiarą. Dlatego jeśli Bóstwa okażą łaskę, to możemy też czerpać z Boskości własnej wiary, co sprawia, że przepływ staje się dwukierunkowy. 

– Nie bardzo rozumiem, jak to pojmować.

– W tym świecie jest wiele rodzajów mocy, magii, energii. Są one tak wpływowe i namacalne, ponieważ byty myślące przelewają swą wiarę w ich kierunku, pogłębiając źródło wiary, strumień mocy. Jeśli wiara jest właściwie ukierunkowana, to umożliwia czerpanie ze swego źródła, tym samym wzmacniając wyznawców danego Bóstwa. Ale wszystko to odbywa się w ramach miłości i jedności Boga Stwórcy. 

– Czy mogłabyś podać mi jakiś przykład?

– Ech, nie jesteś zbyt bystry, co? Wiarę lepiej pojąć uczuciami niż intelektem, ale niech ci będzie, ponieważ jesteś tu nowy, spróbuję wytłumaczyć to na przykładzie. Weźmy za przykład taką kreację. Ludzie Rasy wierzą w jej rzeczywistość, a stworzyciele wierzą w proces jej powstawania. To właśnie ta wiara umożliwia cały ten proces i pozwala uzyskać tę substancję. Bez wiary nie ma kreacji. Mokaja, Bogini kreacji, jest ucieleśnieniem, symbolem wiary w powstanie materii z pozornej nicości. Czy gdyby nikt nie wierzył w powstawanie kreacji, to mogłaby ona powstawać? Czy wiara nie jest pierwszą przyczyna sprawczą? Pójdźmy z tą analogią trochę dalej. Równie wielu wyznawców co kreacja mają: określona moralność, honor, uczciwość, Boskie prawa przodków. Wiara w słuszność tych cnót i wartości zaczyna się od jednostek i na nich się kończy. Jeśli jednostki wierzące w moralny aspekt dobra doświadczają niesprawiedliwości, ich wiara zamienia się w negatywny ładunek energetyczny dający im moc sprawczą do podjęcia działania wymierzonego przeciwko tej niesprawiedliwości. Negatywny ładunek energetyczny na niebie to piorun, stąd Bogiem moralności i walki w słusznej sprawie jest Gromowładny Bóg Perun, znany wszystkim Rodom Rasy w majestacie swej potęgi. Moce mroku i ciemności umacniają się w przestrzeni i poza nią przede wszystkim, ponieważ istnieją inteligentne byty kultywujące ciemność, które oddają swoje myśli i uczynki na rzecz mroku. Robią to w WIERZE, że zapewni im to pożądane korzyści. Największym utrapieniem Rasy i innych bytów rozumnych pragnących dobra nie jest jednak zło, śmierć czy zniszczenie, ale ignorancja i nieświadomość. To właśnie te dwie dyspozycje duchowo-intelektualne są najbardziej destruktywne dla światłości. Dlaczego? Weźmy dwa modele społeczeństwa. W jednym ludzie są zakuci w kajdany i trwają przez całe życie w jawnym poddaństwie, świadomi swej nędzy i niekorzystnego położenia względem innych grup społecznych. Nawet jeśli sztywna konstrukcja społeczna nie daje im żadnej możliwości zmiany, która mogłaby poprawić ich sytuację, to w dalszym ciągu pozostaje im wiara. Wiara w przyszłość, w wyzwolenie, w kolejne wcielenie, w dobro być może czekające na nich tuż za rogiem. Wiara ta to dla nich łącznik pomiędzy punktem, w którym znajdują się w tym momencie, a ich wizją subiektywnego dobra w przyszłości, która może się ziścić. Wiara to ostatni bastion wolności tlący się w ich głowach nawet mimo kajdanów na rękach. Tacy ludzie tak naprawdę nigdy nie zostaną zniewoleni, gdyż w oparciu o wiarę stale poszukują światłości. A teraz wyobraź sobie drugie społeczeństwo. Tym razem są to ludzie absolutnie nieświadomi własnej niewoli. Żyją w starannie sfabrykowanym świecie, w którym dysponują iluzją wolności, w rzeczywistości nie będąc niczym więcej niż paliwem w rękach swych władców. Ta społeczność niedostrzegająca niewidzialnych kajdanów własnej niewoli kieruje swą wiarę na żądzę, ambicje, pragnienia, gdyż umysły jej członków nie wytworzyły pojęcia prawdziwej wolności. Nie czują więc oni potrzeby wolności. A jeśli świat tych ludzi zostanie skonstruowany na tyle przebiegle, aby pomimo braku prawdziwej wolności niewolnicy mogli wybierać pomiędzy mnogością przedmiotów, rozrywek, atrakcji w przeświadczeniu, że przez te decyzje nieustannie sami decydują o swoim losie, to wtedy… wtedy nigdy nie znajdą w swych sercach i rozumach powodu, aby wykiełkowała w nich prawdziwa wiara w wolność. 

– OK, dobra robota. Tym razem doskonale rozumiem, o czym mówisz. Zgodnie z historią cywilizacji, z której pochodzę, na Ziemi mieliśmy niewolnictwo w wielu różnych formach i kształtach. Nie było w znanej mi historii społeczności, która nie opierałaby się na mniej lub bardziej niesprawiedliwych formach niewoli i wyzysku, ale przez większą część dziejów mojej cywilizacji była to forma jawna i otwarta. Niewolnik wiedział, że jest niewolnikiem, chłop pańszczyźniany nie był w modelu społecznym nigdy nikim innym jak chłopem. Zmiana nastąpiła dopiero w ostatnim wieku, struktura cywilizacji faktycznie przybrała formę pozornej wolności, przez co pętla kontroli nad ludźmi jeszcze bardziej się zacisnęła.

– Mógłbyś podać mi jakieś autentyczne przykłady tego, w jaki sposób system ten jest zorganizowany? – poprosiła Wernygóra.

– Niemal we wszystkich krajach (to takie Rody) mamy demokrację, to znaczy, że wszyscy ludzie danego kraju sami decydują o wyborze polityków nim rządzących. Z pozoru brzmi to świetnie i prowolnościowo. W praktyce jednak jest to tak zorganizowane, że politycy u władzy wykorzystują swą pozycję, aby utrzymać się przy niej przez kolejne lata. Siły polityczne zmieniają się rolami, pojawiają się w polityce nowe twarze, a jednak trzon zostaje. Populacje są przebiegle manipulowane, tak by wybierać pomiędzy różnymi wersjami tego niezmiennego trzonu. Nawet jeśli część obywateli zdemaskuje tę grę pozorów, to jednak większość wpadnie wprost w sidła propagandy, a że w demokracji decyduje większość, to szansa na autentyczną zmianę „elity” władzy jest bliska zeru, a społeczeństwo w dalszym ciągu jest przekonane, że decyzja należy do niego. Tak samo jest, jeśli chodzi o pracę. Dorosły człowiek może zostać, kim tylko zechce, nie ma przymusu, pozornie wydaje się, że nie ma ograniczeń. A jednak osiemdziesiąt procent społeczeństwa pracuje w gigantycznych firmach, w których różnice są tylko minimalne, gdyż rdzeń korporacji wszędzie pozostaje taki sam. Jak o tym myślę, to te gigantyczne firmy dające pracę kilkuset czy kilku milionom obywateli nawet nie muszą generować zysków. Nie jest to konieczne, ich nadrzędną funkcją w społeczeństwie nie jest zarabianie, bo właściciele korporacji, czyli ludzie znajdujący się na wierzchołku naszej piramidy finansowej, nie są już wcale zainteresowani bogactwem. Mają go tak nieskończenie dużo, że nie potrzebują więcej pieniędzy. Prawdziwa rola tych firm to sprawowanie kontroli. Każda wielka firma w podobny sposób wmawia swoim pracownikom, że wszyscy powinni jednoczyć się we wspólnej pracy ku chwale i zyskowi danej korporacji, poświęcać ponad połowę swojego życia i większą część energii życiowej na pracę, aby zrobić karierę, zyskać bogactwo i zaszczytną pozycję. Jednak w rzeczywistości jedyny cel, jaki przyświeca całemu temu procesowi, to żeby umysły obywateli były jak najczęściej zabsorbowane pracą. A wszystko po to, aby nie znaleźli oni czasu, energii i wolności pozwalającej myśleć o wyższych wartościach moralno-etycznych mogących sprowadzić rozwój naszej cywilizacji na lepsze tory. Na szczęście w ostatnich latach coraz więcej ludzi budzi się ze snu i stara się wyrwać z tego gigantycznego koła zamachowego pozornego życia, które jest im odgórnie „proponowane”. Coraz więcej jednostek poszukuje innych wymiarów jakości człowieczeństwa. Przykre jest, że mimo tych promyków nadziei szansa przebudzonych jednostek na ukierunkowanie społeczeństwa na właściwe tory jest minimalna, gdyż niestety, jak już mówiłem, w demokracji rządzi większość, a zdecydowana większość w dalszym ciągu pozostaje zamknięta w narzuconej ułudzie.

– Wcale nie dziwią mnie twoje słowa. Ma to sens. W erze mroku zło z czasem odkrywa najlepsze sposoby, doskonali swe metody zaciemniania umysłów istot rozumnych.

– Jeśli chodzi o istoty rozumne, to o ile się nie mylę, w moich czasach zostaliśmy już tylko my, ludzie – czyli dla was Przyślaki. Wszystkie inne inteligentne formy bytów wyginęły, nie zapisując się nawet na kartach znanej nam historii.

– Tylko jedna samoświadoma Rasa? Brak konkurencji czy punktu odniesienia. Hmm, niedobrze to dla was, wychodzi na to, że kisicie się we własnym sosie.

Przez chwilę szliśmy w ciszy, a ja myślałem o tym, co powiedziała mi Wernygóra. 

– Mówiąc wcześniej o bóstwach, miałaś na myśli przedstawicieli Rasy Wielkiej?

– I tak, i nie. Bogowie Światowida są powszechnie wyznawani nie tylko przez Rasę. Ich wpływ na losy naszego świata jest niezaprzeczalny, a ich potężne moce i barwne charaktery tylko przymnażają im wiernych. Mimo tego Bóstwo ma bardziej uniwersalną formę, można powiedzieć, że w naszym świecie Bóstw jest tysiące, a żadne z nich nie powinno przeczyć innemu. Każdy obiekt wiary staje się Bóstwem. Właściwa wiara przeważnie rodzi efekty, choć nie zawsze są one zgodne z oczekiwaniami wierzących. Im więcej dusz kieruje swą wiarę w tym samym kierunku, tym silniejsze powstaje źródło, z którego wierni mogą czerpać moc i energię. 

– Nigdy nie myślałem o bóstwach w ten sposób. Idąc za twoim tokiem rozumowania, kawa jest bogiem, bo ludzie wierzą, że doda im energii, alkohol ze swą mocą sprawczą również ma rzeszę wyznawców. O! Albo jeszcze jeden przykład. Gromadzenie informacji ogniskuje uwagę ludzi, gdyż w przyszłości czerpanie z puli informacji może przynieść im wymierne korzyści. Wierzą oni, że informacja ma moc, a ta wiara owocuje wiedzą. Bardzo ciekawa perspektywa postrzegania rzeczywistości. – Zamilkłem na chwilę, a po zastanowieniu dodałem: – Mimo wszystko uważam, że jest to wygodne uogólnienie. My w przyszłości wiemy, że kawa zawdzięcza swoje właściwości kofeinie, która ma działanie stymulująco-pobudzające na ludzki umysł. Chemia to nauka badająca oddziaływania cząsteczek i związków, dzięki niej odkrywamy sedno zależności przyczynowo-skutkowych, więc nie musimy uciekać się do takich uogólnień.

– A czym jest ta wasza chemia?

Opowiedziałem Wernie najlepiej, jak potrafiłem, o dorobku naukowym i roli, jaką nauki ścisłe odgrywają w rozumieniu i interpretowaniu świata przyszłości. Być może kiepsko poszło mi tłumaczenie, gdyż Wernygóra nie była pod wrażeniem naszych osiągnieć.

– Phi. To, co wiecie, to marna wiedza. Udało wam się stworzyć jedynie szczegółowy i powykręcany system symboli i dowodów, którymi cementujecie swoje postrzeganie. Z braku zrozumienia rzeczywistości otoczyliście się zaawansowanymi symbolami, a dalej jesteście otumanieni ciemnością. Czy wiecie, co sprawia, że akurat te „cząsteczki” działają pobudzająco? Albo dlaczego nie działają zawsze, a ich wpływ na człowieka bywa zmienny niczym fala? Rzeczywistość można pojąć tylko w całości, my wierzymy, że Bogowie są jedynie odbiciem wszelkiej jedności rysowanej nam subiektywnie przez umysł w oparciu o zmysły. Wam się wydaje, że odpowiedź tkwi w szczegółach, więc mielicie wszystko w młynie nauki, bazując na coraz to bardziej abstrakcyjnych dowodach i twierdzeniach. My mamy świadomość, że możliwości sprawcze w tej rzeczywistości są niemal nieograniczone. Wy zamykacie się na wszystko poza tym, co potraficie udowodnić. Uczycie się nazw pierwiastków, symboli i parametrów liczbowych. My ćwiczymy się w mocy pozwalającej używać tych mikroelementów zgodnie z wolą naszą i Bogów. Czy stworzyciele wiedzą, jaki typ wiązania tworzy węgiel lub ile elektronów walencyjnych ma atom tlenu? W naszym świecie i, jak mniemam, w waszym również tego typu nauka jedynie oddala od prawdziwego zrozumienia.

– Czy nie możemy się zgodzić, że nasze cywilizacje obrały inne drogi do mądrości? Jasne, nasze społeczeństwo pełne jest wad, a wolność myślenia zanika, ale jednak nauka i będąca jej następstwem technologia prowadzą do postępu, polepszenia jakości życia.

– Może i idziecie konsekwentnie do przodu, ale zmierzacie w niewłaściwym kierunku. Według mnie lepiej już tkwić w miejscu.

Szliśmy przez chwilę w milczeniu, a ja myślałem o wszystkich tych interpretacjach rzeczywistości, o których usłyszałem od Werny, Kliwa i Felka. Z rozmyślania wyrwało mnie kolejne pytanie mojej towarzyszki. Miałem chwilowo dość opowiadania jej o moim świecie, irytowała mnie już trochę ta stała krytyka mojej cywilizacji. Chciałbym chociaż od czasu do czasu usłyszeć zachwyt nad naszymi osiągnięciami. Nie spodziewałem się jednak, że do tego dojdzie. Widząc, jak uparta jest Wernygóra, postanowiłem zmienić temat.

– Opisałaś siebie jako wirnik, dobrze zapamiętałem?

– Tak, w tej części świata nie ma wielu wirników, to zapomniana sztuka. Wiara w wirników wyginęła tu niemal całkowicie, dlatego dostęp do źródła tej mocy jest utrudniony. 

– Na czym polega ta zdolność i jak ty się tego nauczyłaś?

– Jak możesz zobaczyć, jestem mieszańcem. Matka mojej matki była Driadą, a ojciec mojej matki był mieszańcem pomiędzy kobietą Rasy a człowiekiem gór. Z racji tak wyjątkowo „brudnej” krwi moja mama nigdy nie mogła w żaden sposób być częścią społeczeństwa Kra-Wedzi, choć po prawdzie, to nigdy jej na tym nie zależało. Niemal całe swe życie spędziła w Okrągłym Lesie, zgłębiając tajemne moce prastarej natury. To ona, kiedy jeszcze byłam malutka, pokazała mi wirowanie.

– A kim był twój ojciec?

– Trudno powiedzieć, dużo o nim nie słyszałam. Prawdopodobnie był przedstawicielem Rasy, jednak nigdy nie żył z moją mamą, z tego, co mi mówiła, jestem owocem leśnej przygody, jednorazowego uniesienia. 

– A na czym polega wirowanie?

Nie musiałem długo czekać na wyjaśnienie. Nagle przed moim stopami nisko nad ziemią Wernygóra utworzyła niewielkich rozmiarów trąbę powietrzną. Nieźle mnie to nastraszyło, dlatego gwałtownie uskoczyłem w bok, co wywołało głośny śmiech mojej towarzyszki. Tornado momentalnie znikło. 

– Rozwijam tę umiejętność od dzieciństwa. Hastilla obdarzyła mnie swą łaską, dlatego już po kilku latach nie było dla mnie zamka, skrzyni nie do otwarcia, murów nie do przeskoczenia, rzeki nie do ominięcia. A że jestem ciekawa świata i mojego, i twojego, to często używam wirowania do zaspokajania wiedzy i poszukiwania zaginionych i ukrytych informacji. Taki tryb życia często wpędza mnie w kłopoty, jak zresztą miałeś okazję się przekonać. 

– Zbierasz również informacje o moim świecie?

– Udało mi się co nieco dowiedzieć, usłyszeć i przeczytać. Ale jest to raczej mocno wybiórcza wiedza. Mam nadzieję, że kiedy w końcu przestaniesz pytać, to znacznie ją poszerzysz. 

– Czy ciebie również chcieli zabić? – Nie dałem się zbić z tropu.

– Mnie? Co ty, tak naprawdę to oni za mną szaleją, nawet mimo tego, że jestem mieszańcem. Są tylko zbyt strachliwi, by to przyznać. Czytam runy, których nie powinnam, odwiedzam prastare tajne archiwa, buszuję, gdzie tylko zaprowadzi mnie ciekawość. Jak mnie złapią, to wtrącą do aresztu, ale przecież i tak wiedzą, że im ucieknę. O nie, oni z pewnością nie zrobią mi krzywdy. Przed nami trudne czasy, pogoń za wiedzą może być kluczowa dla przetrwania nie tylko tego Rodu, ale i wszystkich światłych bytów. 

– To dlaczego w ogóle cię karzą? 

– Zasady – ludzie Rasy uwielbiają swoje reguły i zwyczaje, twardo trzymają się sprawdzonych ścieżek dobroci. Ja preferuję wędrowanie poza znanymi szlakami. Wydaje mi się, że starszyzna tak naprawdę rozumie, jak istotne i konieczne jest to, co robię, w naszej sytuacji – nadchodzącego przesilenia. Nie akceptują tego, bo w końcu sporadycznie naruszam te ich święte prawa przodków, ale z pewnością mnie nie zabiją.

– Czyli najpierw cię łapią, a potem pozwalają uciec?

– Phi! Pozwalają? I tak bym uciekła, nie jest tak, że otwierają mi drzwi, zwyczajnie nie komplikują sprawy bardziej, niż wymaga prawo. 

– Jak wygląda życie w lesie?

– Las nie ma struktur ani sztywnych praw innych niż te, które dyktuje życie i przyroda. Las mówi tysiącem języków, las nie osądza, ale las nie zapomina.

– A słońce nigdy się nie zatrzymuje.

– He, he, u was też się tak mówi?

– Nie, usłyszałem to powiedzenie pierwszego dnia tutaj. Czy mieszańce też nie mają w zwyczaju jeść? – zapytałem, ponieważ zaczęło mi burczeć w brzuchu. 

– My w lesie nie ćpamy kryształu tak jak na Kra-wedzi, więc musimy czerpać energię z pożywienia. Osobiście jadam do syta co trzeci dzień.

– Jeden posiłek na trzy dni? – powtórzyłem szczerze zmartwiony. – No to faktycznie, ucztujesz pełną gębą.

– Jak często pożywiacie się w waszych czasach?

– Przeciętny człowiek je cztery czy pięć razy dziennie, niektórzy nawet częściej. 

Wernygóra parsknęła śmiechem.

– I jak długo przeciętnie żyjecie?

– Jakieś siedemdziesiąt lat, choć zdarzają się i tacy, co dożywają stu lat. 

– Zdarza się sto? Nie no, to bajka, szanuję. My z kolei trzymamy się w świetnym zdrowiu przez ponad dwieście pięćdziesiąt lat, a zdarza się dobić do czterystu, więc raczej zostanę przy swoich przyzwyczajeniach żywieniowych. – Wernygóra spojrzała mi prosto w oczy. Jej bezkompromisowe spojrzenie i nieustanna ciekawość w przyjemny sposób przyśpieszały bicie mojego serca. 

– Zawsze udaje ci się przywołać taki wir?

– W ciągu dnia niemal zawsze, w nocy, a zwłaszcza w dniu ciemni, różnie z tym bywa. 

– I nie znasz nikogo innego, kto by tak potrafił? 

– Nie, ale kiedyś wiekowy Pan Lasu opowiadał mi, że przed popularyzacją i upowszechnieniem kreacji wirowanie było mocą budowania, tworzenia, rozbiórki i destrukcji. Dziwi mnie, że tak praktyczna umiejętność została zapomniana. 

– To las ma swojego Pana?

– Zamiast strzępić język, może po prostu cię z nim zapoznam? 

– Chętnie, czy właśnie idziemy w stronę lasu?

– Piękne w tej krainie jest to, że las jest z każdej strony. Musisz wiedzieć, że my nie idziemy do jakiegoś tam lasu. Idziemy do Okrągłego Lasu, jest on największy i najstarszy w tej części świata. – Po chwili zamyślenia nad ogromem Okrągłego Lasu Wernygóra dodała: – To co, opowiesz mi wreszcie coś więcej o swoim świecie? Mam już dość gadania, zdecydowanie wolę słuchać.

– Spróbuję. W moim świecie nie ma magii, a nawet jeśli jest, to na pewno nie tak powszechna i oczywista jak tutaj. Niebo nocą jest ciemne, z gwiazdami wielkości małych muszek, które w niewielkim stopniu rozświetlają galaktykę. Ludzkość nie ma pojęcia o historii waszych Rodów. O waszej kulturze czy wierzeniach. Nie zachowały się żadne dowody na wasze istnienie. Dominujący pogląd mówi, że dziesięć tysięcy lat wcześniej żyli na ziemi jaskiniowcy, czyli prymitywne plemiona niewiele różniące się od zwierząt.

– Słyszałam już o tym. Cóż za pycha z waszej strony, myśleć, że jesteście nowi i wyjątkowi w swej mądrości – wtrąciła z zadziornym uśmiechem Wernygóra.

– Ale trzeba też przyznać, że mamy wiele niesamowitych osiągnięć, jak choćby technologia. 

– Technologia, co to takiego?

– To nauka, metodyka wytwarzania różnych sprzętów i przedmiotów. Wiele z wynalezionych przez nas urządzeń jest naprawdę użytecznych. Mamy na przykład telefony – to takie małe ekrany, mniejsze od dłoni. Umożliwiają rozmowę z innymi ludźmi na całym świecie, jeśli tylko oni też mają swój telefon.

– Hm, to brzmi trochę jak nasze połączenie myślowe.

– Tak, słyszałem o tym, my niestety nie mamy mocy telepatii. 

– Albo jesteście zbyt zajęci swoimi „telenami”, by ją w sobie odkryć. 

Byłem pewien, że Werna celowo przekręciła słowo telefon, żeby podkreślić swą pogardę.

– Być może, ale telefony są dużo praktyczniejsze, można zadzwonić do każdego, nie tylko do najbliższych, dodatkowo mają wiele innych funkcji, jak choćby internet. Internet to wirtualna przestrzeń, do której ludzie wrzucają cyfrowo zakodowane informacje o sobie, o historii, o swoich pasjach. Jest to zarówno miejsce pracy, jak i rozrywki, przydatne do zdobywania wiedzy i do rozmów z innymi ludźmi. Dostęp do internetu w moich czasach ma niemal każdy.

– Wirtualny, cyfrowy? Detale, więcej detali! Bo mnie zanudzisz jakimś niezrozumiałym bełkotem.

– To znaczy stworzony w języku komputerowym. Komputer to taka maszyna zapisująca różne informacje w swoim własnym języku, nazywanym cyfrowym. Człowiek, sterując komputerem, może wydawać różne komendy, a komputer wyświetla żądane informacje na ekranie. Ekran to jak strona z książki, która może co chwilę zmieniać zawartość, zależnie od tego, co wyświetli na niej komputer. Trochę jak ściany w pomieszczeniach Rasy, które wyświetlają różne krajobrazy. Komputer może wyświetlić książkę, film, czyli coś jak przedstawienie teatralne, lub grę. Gry to małe, sztucznie stworzone światy służące do zabawy. Nie możemy fizycznie wejść do tych światów, ale siedząc przy komputerze, możemy podejmować decyzje i wpływać na to, co następnie pokaże się na ekranie monitora.

– Po co mielibyście to robić?

– Dla rozrywki. Żeby przeżyć przygodę, nie trzeba biegać po lesie, wystarczy uruchomić grę na komputerze. Dzięki temu siedząc i wydając kolejne komendy, śledzimy przygody na ekranie komputera. Za sprawą zaawansowanej technologii cyfrowego zapisu informacji na jednym ekranie komputera wielkości dłoni można z powodzeniem zapisać miliony książek, dodatkowo urządzenie to będzie mogło dzwonić i wysłać bardzo szybkie listy do wszystkich na całym świecie. Czy teraz w końcu dostrzegasz, jak praktyczna i przydatna może być technologia?

– Każdy kij ma dwa końce. – Wernygóra ewidentnie nie chciała przyznać, że w erze ciemności doszliśmy do czegoś wartościowego. – Czy komputery potrafią myśleć? Jest to nowa forma bytu?

– W zasadzie nie, ale mimo to potrafią bardzo wiele. 

– Mówisz miliony książek? U nas chyba tyle nawet nie istnieje. Czyli na brak informacji to wy nie narzekacie. 

– W żadnym wypadku. Raczej w drugą stronę, ludzie zaczynają tonąć w śmieciach zbędnych informacji. Wielość potencjalnych odbiorców i łatwość komunikacji w czasach internetu sprawiają, że ludziom często wydaje się, że mają coś do przekazania, choć tak naprawdę ich informacje są bezwartościowe. 

– Chyba powoli nabieram pojęcia, o czym mówisz. – Krytyka z mojej strony wyraźnie ją zaciekawiła.

– Początkowo, w mojej młodości, internet był bastionem wolności, źródłem wiedzy, kopalnią dla poszukiwaczy informacji oraz świetną platformą do dyskusji. Można powiedzieć, że w dalszym ciągu jest tym wszystkim, ale jednak przeszedł ewolucję. W mojej teraźniejszości stał się przede wszystkim maszynką do robienia pieniędzy, potężną machiną kontroli, tubą propagandy i kreowania trendów, aby na skalę globalną ujednolicać umysły ludzi. Społeczeństwo stało się tak zaabsorbowane filtrowaniem wszystkich tych informacji, że zatraciło szerszą perspektywę patrzenia na to, co w życiu istotne. Początkowo internet był sposobem ucieczki ze sztywnych ram społeczeństwa, tak jak las w twoich czasach. Jednak już po dwudziestu latach zmienił się on w dźwignie kontroli tych co mają, względem tych którzy chcieliby mieć.

– Fuj, gdzieś już czytałam, że macie u siebie pieniądze.

– Początkowo pieniądzem było złoto, jednak z czasem ludzie mający go najwięcej odkryli, że będą mieli większą kontrolę nad pieniędzmi, a tym samym nad innymi ludźmi, jeśli zastąpią złoto papierem – banknotem pieniężnym, który sam w sobie jest bezwartościowy, ale umownie dla całego społeczeństwa reprezentuje bogactwo.

– Słyszałam kiedyś, że nie macie w swoich czasach potworów. Jednak z tego, co teraz mówisz, wynika, że Przyślaki sami sobie kreują potwory, ukręcają pętle na szyje. Och, dziękuję Bogu, że to wcielenie duszy mojej przypadło na okres światłości.

– Sam się ostatnio zastanawiam, czy w naszych czasach nie ma potworów. Być może są to potwory w ludzkiej skórze. Słyszałem, że nawet w waszym świecie zdarzają się podszywacze. 

– No tak, szare plugastwo. Tfu. – Splunęła. – Na szczęście w tej krainie sławimy Peruna, a armie ciemności przeważnie nie zapuszczają się tak daleko.

– Jeśli to wszystko prawda, to największa różnica między nami jest taka, że wy jesteście świadomi zagrożenia ze strony szarych. A u nas, nawet jeśli takie istoty istnieją, to za tego rodzaju twierdzenia można łatwo trafić do wariatkowa.

– Wariatkowa?

– To takie miejsce trochę jak areszt, gdzie zamyka się szaleńców.

– To chyba jest pełne ludzi, w waszych czasach szaleńców bez wątpienia nie brakuje.

– Wszystko zależy od interpretacji. Nie każdy zamknięty w wariatkowie musi być szalony, a wielu szaleńców świetnie radzi sobie na wolności.

Wernygóra dla zabawy albo w zasadzie, żeby się popisać, wyskoczyła na jakieś dziesięć metrów do góry, a potem lekko i z wyczuciem opadła na ziemię.

– Z twoimi zdolnościami pewnie świetnie sprawdziłabyś się w armii, walcząc z siłami ciemności.

– Rasa ma swoich wojowników, zresztą armia nie dla mnie. Mam problem z łańcuchami dowodzenia i słuchaniem poleceń. Do tego w tej pięknej i umiarkowanie bezpiecznej krainie nie brakuje mroku do rozproszenia. To, że szarzy zazwyczaj się tu nie zapuszczają, nie oznacza, że nie mamy tu pomiotów zła. Moim terenem jest las, wychodzę poza jego obręb tylko w pogoni za prawdą. Mam nadzieję, że macie u siebie lasy?

– Na szczęście mamy, boję się, że gdybym musiał zaprzeczyć, z wściekłością skoczyłabyś mi do gardła.

– Nie muszę skakać – odparła, po czym wykonała dłońmi ruch, którym wywołała podmuch wiatru dość silny, aby mnie przewrócić. Następnie podając mi rękę z szerokim uśmiechem, zapytała: – Zakładam, że u siebie na pewno macie też fronty i wojny. Jak one wyglądają?

– Mamy broń palną, strzelby zdolne wystrzelić zabójcze pociski nawet na kilkaset metrów. Samoloty – mimo wielkiej masy te metalowe maszyny latają po niebie niczym ptaki, zrzucając bomby. Bomby to takie potężne pociski, które wybuchają grzybami ognia. Mamy też trujące gazy po zmieszaniu z powietrzem zdolne zabić wszystkich ludzi. Mamy wreszcie bomby atomowe, specjalną broń o takiej sile rażenia, że po zrzuceniu na Kra-wedz z waszego wielkiego miasta zostałaby tylko czarna dziura w ziemi. 

– Chyba nie doceniasz mocy ochronnej kryształu.

– Lub ty nie doceniasz talentu do destrukcji ludzi z ery ciemności. Z masową zagładą i zniszczeniem łączy się bardzo rozwinięta gałąź technologii i nauki – odpowiedziałem gorzko, czując silną potrzebę szybkiej zmiany tematu na bardziej pozytywny. – Ale nasza cywilizacja ma też pozytywne aspekty, to na przykład wielkie szpitale zdolne leczyć tysiące ludzi w tym samym momencie.

– Co? – Wernygóra aż się zachłysnęła. – Żyjecie tylko siedemdziesiąt lat i chorujecie tysiącami? I to jest dla ciebie pozytyw? 

– Celna uwaga. – Nie poddawałem się po pierwszej wpadce, postanowiłem szukać dalej. Nigdy nie uważałem naszej cywilizacji za całkowitą porażkę, choć rzeczywiście w zestawieniu z tym, co ujrzałem tutaj, wypadaliśmy miernie. 

– Mamy sport. Czy wy również uprawiacie sporty?

– Co masz na myśli?

– Sport to pojedynki na sprawność, szybkość, siłę, celność. Są to konkursy o określonych zasadach, rywalizuje się przed publicznością, aby wygrać nagrody.

– Ach, jasne. – Wernygórę wyraźnie podkręciła wzmianka o rywalizacji. – Turnieje sprawnościowe to element obrzędów w trakcie świąt Rasy. Tego im najbardziej zazdroszczę. Tchórze rzadko pozwalają mi wziąć udział w swoich turniejach. Już ja bym im pokazała, oj, pokazała. 

– Jakie święta ma Rasa?

– Święta mają wszyscy, turnieje ma niemal tylko Rasa, choć w lesie też się zdarzają, ale konkurencja słabsza. Co cykl świętuje się tu przesilenia, równonoce, pełnie księżyca. 

Dość długo starałem się szczegółowo naświetlić Wernygórze życie w XXI wieku. Kiedy zbliżaliśmy się do Okrągłego Lasu, znowu przerwaliśmy rozmowę, a ja pogrążyłem się we własnych myślach.

Podejście Rasy do wiary tłumaczyło wiele na temat ludzkiej psychiki. Sportowe emocje wynikające z kibicowania porywały i porywają nadal miliardy ludzi w naszych czasach. Czy wiara, którą kibice przelewają na sportowców bądź drużyny, jest tym, o czym mówiła Wernygóra? Czy oglądanie zmagań sportowych daje tyle przyjemności, ponieważ zgodnie z tym, co twierdził Felek, neurony lustrzane podczas oglądania sportu pracują niemal tak samo jak w trakcie aktywnego uprawiania go? W otoczeniu tysięcy kibiców doświadczających podobnych emocji ludzkie umysły niesione są na fali tłumu wspólnej wiary w sukces drużyny. Jak o tym myślałem, to wydawało mi się, że to właśnie ta kolektywna wiara sprawia, że całe przeżycie staje się tak ekscytująco przyjemne. Dlatego od dziesięcioleci sport przyciągał ludzi na trybuny stadionów czy przed telewizory, nawet jeśli nie zdawali sobie oni sprawy z tego procesu. 

Chyba rzeczywiście w słowach Felka było wiele prawdy. 

Gdy więcej wiemy, inaczej interpretujemy rzeczywistość.

*

Kiedy wkroczyliśmy do Okrągłego Lasu, zapytałem:

– Czy byty leśne żyją w zawieszeniu widma nagłej śmierci?

– Co masz na myśli?

– W moich czasach nagła śmierć w wypadku lub na skutek niespodziewanej choroby jest możliwa, jednak mało prawdopodobna. Niby jest to czas mroku i niewoli, a jednak nagła śmierć bywa rzadkością. Z powodu braku naturalnego predatora życie istot rozumnych, czyli w zasadzie tylko ludzi, przebiega odmiennie od życia pozostałych istnień na planecie. Dzikie zwierzęta muszą być nieustannie czujne, na każdym kroku może czaić się śmierć – na skutek działania człowieka, dzikich sił natury lub ze strony innych gatunków zwierząt czy owadów. W naturę istot niebędących ludźmi wpisane jest widmo śmierci. Wiele innych organizmów widzi inne byty jako potencjalne pożywienie, a fakt, że ewolucja wyposażyła je w efektywne narzędzia, czyni wiele gatunków urodzonymi zabójcami. Miliony organizmów niezdolnych do podjęcia lub uniknięcia walki swoje przetrwanie w środowisku opierają na rozrodczości. W ten sposób zwiększają prawdopodobieństwo przeżycia jako gatunek, jakby opierając się na maksymie „Jeśli będzie nas dość dużo, to może wszystkich nas nie zjedzą”. Każdego dnia miliardy bytów panicznie rzucają się do ucieczki na dźwięk pękającej w pobliżu gałęzi, co może zwiastować nadejście drapieżnika, choć nie musi. Czy wasz świat bytów lasu jest równie brutalny?

– Ty zdecydowanie powinieneś zachować czujność, gdyż o naszym świecie w dalszym ciągu wiesz niewiele. Każdy gatunek żywi się inną organiczną formą życia, nie ma od tego ucieczki. Czy będą to rośliny, owady, ryby czy zwierzęta, zależy od ekosystemu i konkretnej sytuacji. Świadome, myślące byty lasu podobnie jak Rasa czczą życie, jednak każdy mieszkaniec lasu ma pierwotną świadomość, że życie przejawia się jako nieustanny cykl narodzin i śmierci. Nie ma od tego ucieczki, naiwne byłoby myślenie, że możemy ten tryb zmienić, dlatego miłujemy życie, nie marnując go bez potrzeby. Chodź, popatrz na te mrówki. – Wernygóra zboczyła z leśnej ścieżki i przystanęła niedaleko ruchliwego mrowiska. – Wydawałoby się, że minimalny rozmiar tych istot powinien świadczyć o braku świadomości, a jednak ich głębokie rozumienie przyrody wypływające z pierwotnych instynktów sprawia, że mają świadomość słusznych praw. Rozumieją, że jeśli ogołocą cały ten krzew znajdujący się nieopodal mrowiska z owoców i liści, to w przyszłym roku już nie zakwitnie. Dlatego właśnie nie znajdziesz śmierci w obrębie mrowiska, mrówki nie idą na łatwiznę, nie zbierają pożywienia jak najbliżej, jak najprościej. Rozchodzą się we wszystkie strony, zbierają na tyle dużo pokarmu, aby ich ród mógł się rozwijać, ale robią to oszczędnie, by życie wkoło nich mogło dalej kwitnąć, bo jest to warunkiem ich przetrwania w przyszłości. Byty o większym poziomie samoświadomości starają się przestrzegać tych samych praw przyrody spływających do nas z łaski Mokai. Używamy drzewa jako surowca, o ile jest to martwe drzewo, a nawet wtedy robimy to tylko w razie konieczności. Próbujemy czerpać z naturalnego cyklu narodzin i śmierci, zużywać, ale też rozradzać, utrzymując pulę życia w równowadze.

– Czyli porządek natury to również Boskie prawo?

– My w lesie mamy trochę inne podejście do Boskich praw niż Rasa, ale tak, Bóstwa Światowida również działają w ramach tej idei. Mokaja jest Boginią życia i rozrodczości, ale nawet ona, widząc na Ziemi ciemność i zepsucie, zsyła zniszczenie. Nie jest to jednak całkowita anihilacja, po każdej katastrofie życie kiełkuje powoli od nowa, kolejnymi pokoleniami próbując odbudować swą dawną moc. 

*

Poprosiłem Wernygórę, abyśmy rozłożyli się na noc na niedużej polanie, na którą natknęliśmy się, kiedy już zaczęło się ściemniać. Pragnąłem przed snem nacieszyć wzrok pięknym widokiem nieba. Ta polana była jednym z nielicznych fragmentów Okrągłego Lasu na tyle niezalesionym, aby umożliwić nam obserwowanie tego nocnego widowiska. Zaczęliśmy się rozkładać na ziemi. Rozświetlone planety sprawiały, że na polanie nawet w nocy było dość jasno. 

– Zdajesz sobie sprawę, że to miejsce jest wyjątkowo kiepskie na nocleg? Musi być jakiś powód, dla którego akurat tu nie rosną żadne drzewa. Lepiej nie wybierać tak osobliwych miejsc na spoczynek, ale niech ci będzie. W razie kłopotów, jeśli coś będzie chciało nas zjeść, jestem spokojna, że prędzej dopadnie ciebie niż mnie. 

Właśnie kiedy Wernygóra kończyła mówić, usłyszałem szelest. Wydawało mi się, że w krzakach nieopodal dostrzegłem przedziwne zwierzę. Serce zabiło mi mocniej. Wernygóra pewnie całkiem świadomie napędziła mi niezłego stracha swoim biadoleniem. 

Stworzenie wychyliło się zza krzaków, a ja wstrzymałem oddech. Zwierzę miało duże, odstające zajęcze uszy, wielkie, okrągłe i wyłupiaste oczy, futro lisiej barwy oraz dwa niewielkie skrzydełka po bokach tułowia, wyglądały one jednak na zbyt małe i słabe, aby móc unieść w powietrze istotę rozmiarów dużego psa. Werna również zamilkła, bacznie obserwując zwierzę, które nabrało nieco śmiałości i wyszło zza krzaków. Znajdowało się tylko o kilka metrów od nas. Z odwłoka zwisał mu długi ogon zakończony puchatym czarnym pomponem. 

– Co to takiego? – zapytałem szeptem swoją towarzyszkę, wskazując na dziwne zwierzę. 

– Wygląda na to, że masz dzisiaj szczęście. Jama Żyjątek musi być gdzieś w okolicy, a ten tutaj przyszedł na zwiady, sprawdzić, cośmy za jedni. 

– Żyjątka powiadasz? To dzikie zwierzęta czy inteligentne byty?

– Coś pomiędzy. Na pewno są najsłodszymi i najbardziej przytulaśnymi istotami w tym lesie. O ile oczywiście zyska się ich zaufanie. 

– Jak mogę to osiągnąć?

– Hmm, istnieje kilka sposobów, ale najłatwiej będzie, jeśli uda ci się uspokoić swój umysł, wyciszyć nieustanny nurt myśli, który płynie w twojej głowie.

– Tak, Felek mówił mi już o tym, niestety wyciszanie umysłu zupełnie mi nie wychodzi. Już po kilku sekundach bezczynności nachodzą mnie myśli, a ja mimowolnie oddaję im swą uwagę. 

– Boś nigdy nie miał dobrej nauczycielki. Abym mogła kontrolować wiatr, musiałam nauczyć się kontrolować oddech, a tylko kontrolując oddech, możemy nauczyć się kontrolować myśli. Nie ma jednego bez drugiego. Chodź, usiądźmy na środku polany, pokażę ci, jak to osiągnąć.

Usiedliśmy i Wernygóra kontynuowała:

– Oddychając, zaopatrujesz się w energię. Sam mówiłeś, że w twoich czasach jest presja na energię. Każdy chce mieć ją czystą, tanią i w dodatku w masowych ilościach. Śmieszne, że tak istotna jest dla was energia eksplozji, a oddychacie przy tym jak nieogarnięte półgłówki, choć to właśnie oddychanie powinno być dla was priorytetowym źródłem energii. – Werna rozsiadła się wygodniej na trawie, a ja słuchałem uważnie, gotowy do nauki.

– Zacznijmy od rozgrzewki oddechowej. Najpierw robimy czterdzieści cztery szybkie, ale też głębokie wdechy nosem i od razu szybkie wydechy ustami. Bez przerwy między wdechami a wydechami. Następnie po czterdziestu czterech takich oddechach wydychasz całe powietrze z płuc i stop. Nie robisz nic, trwasz na bezdechu, obserwując swoje ciało, czujesz, jak energia rozchodzi się po twoim organizmie. Wytrzymujesz w tym stanie, ile możesz. Kiedy czujesz potrzebę oddechu, wciągasz do płuc maksymalnie dużo powietrza, wypełniasz się nim, ile tylko zmieścisz, i znowu stop. Przez kilka chwil trwasz nieruchomo pełen powietrza. Jeśli robisz to właściwie – zarówno w całym ciele, jak i wewnątrz mózgu powinieneś poczuć ciepłą i przyjemną energię. Wydychasz powietrze. To był jeden pełny cykl. Solidna rozgrzewka oddechowa składa się z trzech cykli, wracasz więc do czterdziestu czterech oddechów. Po skończeniu trzech cykli powinieneś nie tylko poczuć przypływ energii w ciele, ale i więcej spokoju w swoim umyśle. Teraz możemy przejść do właściwych ćwiczeń oddechowych. Uspokajasz swój oddech, wydłużając pojedyncze wdechy i wydechy nosem. Wszystko odbywa się powoli, a ty początkowo skupiasz swoją uwagę tylko na tym, aby z każdym powolnym wdechem pobrać do wnętrza energię natury. 

Nie ma myśli, są tylko życiodajne wdechy i oczyszczające wydechy. Z czasem przestajesz myśleć nawet o samym oddychaniu, zostawiasz własnemu biegowi ten naturalny proces, który może równie dobrze odbywać się bez ingerencji wojej świadomości. Jak tylko poczujesz, że twoja uwaga kieruje się na myśli, wyśrodkuj ją z powrotem na oddechu. Trwaj tak niezachwiany. Nie ma myśli. Nie ma czasu. A w przypadku dekoncentracji nie ma nerwów, nie ma frustracji, powracasz do balansu, powracasz do oddechu. Czujesz, jak kojąca jest energia przyrody, którą odżywiasz swój wewnętrzny spokój.

Nie potrafię powiedzieć, jak długo trwałem w tym stanie, czas rzeczywiście przestał obowiązywać. Kiedy wreszcie otworzyłem oczy, ujrzałem na polanie kilkadziesiąt żyjątek bacznie przyglądających się naszej praktyce. Kilka najodważniejszych stworzonek już zalotnie łasiło się koło Wernygóry. Puchate pompony na końcówkach ich ogonów, wcześniej czarne, teraz świeciły jasnym światłem. Żyjątka zaczęły podchodzić bliżej i ocierać się o moją instruktorkę oddychania. Z czasem oswoiły się też ze mną na tyle, że mogłem je głaskać, na co odpowiadały cichym piskliwym chichotem. 

*

Tej nocy we śnie również podróżowałem po kosmosie, odwiedzając losowe planety, ale udało mi się tym razem nie panikować. Nie przywiązywałem wagi do samej podróży, nie starałem się wrócić na Ziemię, po prostu cieszyłem się niesamowitą realnością przeżyć. Senna podróż po kosmosie gwarantowała mi widoki, których pozazdrościłby mi niejeden astronauta.