Sławne Czasy Roberta Onetwo

Slawne Czasy

Robert Onetwo

Rozdział V

W trakcie rozmowy znacznie zbliżyliśmy się do krawędzi świetlistej piramidy, która znajdowała się już tylko dwieście kroków od nas.

– Mówiłeś, że ta bariera sprawuje funkcję ochronną. Czy to oznacza, że może nie przepuszczać niektórych ludzi czy stworów? Spalając ich na pył?

– Rola ochronna nie polega na segregowaniu ludzi, moc tej bariery jest dużo bardziej subtelna. Przepuszcza ona pudełko człowieka, lecz jeśliby się w kimś jakieś demony mroczne chowały, to pozostaną wyciszone na czas jego wizyty wewnątrz piramidy. 

– Ciebie, mam nadzieję, nie wyciszą?

– Chyba że jestem demon – odpowiedział Felek, po czym znów rozświetlił się setką barw niczym mała kula dyskotekowa naładowany śmiesznością swego humoru. – Ale w mieście znowu schowam się w twoim gardle i będę tylko tłumaczył. Rob wie, że nie lubię tłumów. 

*

Przy przechodzeniu przez barierę poczułem chwilowe mrowienie całego ciała i momentalnie pociemniało mi przed oczami. To dziwne odczucie trwało jednak tylko dwie – trzy sekundy, po czym wszystko wróciło do normy. 

Wszedłem do największego miasta w tej części tutejszego świata. Budynki wznosiły się na wysokość kilkunastu metrów. Wszystkie bez wyjątku zbudowane były z tego samego zagadkowego tworzywa, które zaciekawiło mnie już w osadzie kupieckiej. 

Szybko przekonałem się, że nie pasuję do tutejszych realiów. Nie chodziło już nawet o to, że przyciągałem spojrzenia. Całe miasto było zbudowane dla trzymetrowych gigantów. Z moimi stu osiemdziesięcioma centymetrami wzrostu wyglądałem jak nastolatek, tyle że twarz miałem znacznie starszą i brzydszą od młodzieży Rasy. 

Nie wiem, czy to za sprawą piramidy, ale mieszkańcy Kra-wedzi wydawali mi się jeszcze bardziej majestatyczni niż przedstawiciele Rasy, których widziałem w osadzie. Kryształowo czyste twarze, duże oczy, atletyczne, ponadtrzymetrowe sylwetki i ten spokój w ruchach. Onieśmielony wyjąłem zza koszuli medalion otrzymany od Mieszkańca i wyeksponowałem go na piersi, tak aby był dobrze widoczny. Wolałem uniknąć kłopotów. Przecież jeśli ktoś zapytałby, co robiłem w mieście Rasy, nie byłbym mu w stanie logicznie odpowiedzieć, bo tak naprawdę sam do końca tego nie wiedziałem. 

Felek wyjaśnił mi jeszcze przed wejściem, że większość budynków w mniejszych grodach Rasy była niska, aby nie blokować mocy Ziemi i energii Słońca spływających na każdy metr kwadratowy powierzchni grodu. Jednak zarówno Kra-wedz, jak i inne kryształowe miasta są wielopoziomowe, gdyż ilość energii dostępnej wewnątrz świetlistej piramidy jest większa niż na normalnym terenie. 

Prócz piętrzących się w górę kondygnacji, mających średnio pięć metrów każda, sporadycznie dało się zauważyć też zejścia do podziemi. Podwieszane mosty łączące wyższe piętra budynków były ekstremalnie cienkie. Mówiąc dokładniej, grubości pojedynczej kartki papieru, a mimo to bez przeszkód utrzymywały nawet dziesięciu członków Rasy ważących w sumie pewnie ponad tonę. Mimo swego niepozornego wyglądu tworzywo, z którego były wykonane, musiało być wyjątkowo stabilne i wytrzymałe. 

Windy składały się jedynie z pionowego słupa i poziomej platformy, która wznosiła się w górę i opadała na dół bez użycia żadnych lin czy obciążeń. Wyglądało mi to na jawne zaprzeczenie prawom grawitacji, o których w młodości uczyłem się na fizyce.

Od wejścia do miasta zauważyłem wiele niesamowitości, jednak doświadczenia pierwszego dnia nauczyły mnie, aby zanadto się nie dziwić. Starałem się przyjąć, że tutaj wszystko było możliwe. Mimo prób zachowania otwartego umysłu stanąłem jednak jak wryty, kiedy na moich oczach sędziwy już przedstawiciel Rasy niosący wór na ramieniu zniknął w ułamku sekundy po dotknięciu jednego ze sznurków wiszących nieopodal. Instynktownie cofnąłem się o kilka kroków, wpadając tym samym na innego człowieka Rasy.

– Sława tobie, góralu. Wyglądasz, jakbyś był w mieście po raz pierwszy.

– Zgadłeś – odpowiedziałem szybko, po czym przeniosłem wzrok ze sznurków na mojego rozmówcę. 

Sądząc po wzroście, był to młodzieniec. Nie potrafiłem określić jego wieku, jednak z pewnością nie był to dorosły, gdyż był nieco niższy niż ja. Choć faza wzrostu najwyraźniej była jeszcze przed nim, to już dysponował atletycznie muskularną sylwetką. Jego wyjątkowo przyjazna, a nawet, rzekłbym, naiwna buzia i małe oczy sprawiały, że wyglądał dla mnie dość… ludzko. 

– Co się właściwie stało z tym starcem? Na moich oczach rozpłynął się w powietrzu – zapytałem.

– To przecież mocolin – system sznurków rozprowadzonych po całym mieście ułatwiający poruszanie się. Wystarczy dotknąć jednego końca sznurka, aby natychmiast znaleźć się na jego drugim końcu. 

– Wow, nam też przydałoby się coś takiego w miastach. – Zbyt dużą część życia musiałem spędzić, stojąc w miejskich korkach, więc tego typu technologia szybko rozpaliła moją wyobraźnię.

– Hmm, sądząc po twoim nieogarnięciu, przydałby ci się przewodnik. Masz sporo szczęścia, bo akurat dzisiaj jest mój dzień dobrych uczynków, więc i tak muszę pomagać innym aż do zachodu słońca. Chciałbyś, żebym oprowadził cię po okolicy?

– Byłoby miło. Dzień pomagania? Możesz to wytłumaczyć?

– Wiesz, co to uczelnie?

– Tak, miejsce nauki. Choć podejrzewam, że moje wyobrażenie o nauce szkolnej znacząco różni się od waszego systemu edukacji. Mógłbyś opowiedzieć mi, czym uczelnia jest dla ciebie?

– Od ósmego do dwudziestego piątego roku życia każdy młody przedstawiciel Rasy niezależnie od płci pobiera uczelnie, czyli nauki. Dzięki tym siedemnastu cyklom edukacji w momencie wkroczenia w dorosłość mamy już pojęcie o życiu i możemy sami decydować o swojej przyszłości. 

– A czego uczycie się przez te lata?

– Można w zasadzie powiedzieć, że uczymy się wszystkiego, choć bardzo dużo zależy od nauczyciela. 

– Nauczyciela? Czyli co, macie tylko jednego nauczyciela?

– A po co więcej? Wiadomo, pobieramy nauki z wielu źródeł, doskonalimy umiejętności pod okiem fachowców z różnych dziedzin, ale nauczyciela mamy tylko jednego. To właśnie mentor – prowadziciel – decyduje o kolejnych etapach naszej edukacji, doradza, sugeruje, czego musimy się nauczyć i od kogo, a następnie weryfikuje nabytą przez nas wiedzę. Czasami jeden z rodziców pełni funkcję prowadziciela lub robi to inny członek rodziny, ale w tym grodzie większość z nas, młodych, pobiera nauki od profesjonalnych nauczycieli.

– A ilu uczniów przypada na jednego nauczyciela?

– Trudno powiedzieć, tak naprawdę to nawet nie wiem, pewnie dużo zależy od dyspozycyjności prowadziciela. Jeśli przyjdę do swojego mentora, kiedy jest zajęty, mogę zaczekać lub przyjść w innym terminie. Niemal nigdy nie zdarza się, aby nauczyciel prowadził zajęcia grupowe dla wszystkich uczniów naraz. Nauki są indywidualne. Ważne jest, aby w trakcie edukacji pojawiła się więź pomiędzy uczniem a mentorem. Mój mistrz mówi, że każdy jest wyjątkowy, nie powinno się więc, ucząc, mówić do wszystkich tego samego. Choć w oczach Boga Stwórcy stanowimy jedność, to każdy z nas powinien rozwijać się w wyjątkowy sposób dopasowany do jego możliwości. Dzięki temu nasza uczelnia podkreśla wiarę w indywidualność jednostki. Jeśli mistrz miałby przemawiać do stu uczniów naraz, to nauka ta musiałaby być uogólniona, a to zabija wolność i niezależność – dwa filary nie tylko edukacji, ale i całej filozofii naszego Rodu. – To mówiąc, młodzian wyprostował się z dumą i ukradkiem rozejrzał się po okolicy, sprawdzając, czy ktoś jeszcze uchwycił mocną puentę kończącą jego wypowiedź.

– To, co mówisz, brzmi bardzo pięknie i wzniośle, ale według mnie nauki techniczne wyglądają tak samo dla każdego. Weźmy na przykład wytwórstwo. Receptury przyrządza się w ten sam sposób, metodyka i techniki działania są spójne dla wszystkich – nie ma tu zbyt wiele miejsca na indywidualności charakterów.

– Słusznie prawisz, góralu, słusznie prawisz. Ale mówisz tu o przedmiotach praktycznych, które są jedynie dodatkiem do naszej nauki. Najważniejszym punktem naszej edukacji jest odnalezienie siebie w świecie, nauczenie się prowadzenia umysłu odpowiednimi kanałami myślowymi, poznanie swojego organizmu, wykucie właściwego charakteru. Nauczenie się umiejętności praktycznych nie świadczy o tym, kim jesteśmy ani w jaki sposób postrzegamy rzeczywistość, dlatego w naszej edukacji odgrywa rolę drugoplanową. 

– No, nie powiem, brzmi to intrygująco. A jak dużo czasu spędzasz dziennie na nauce?

– To zależy, nie mamy jakichś z góry ustalonych terminów. Mój mentor mówi, że całe życie powinno być nauką, nie tylko te siedemnaście cykli spędzanych pod jego skrzydłami. Jeśli jakieś zagadnienie rezonuje z moją osobą w danej chwili, to poświęcam mu całe tygodnie i nie zaprzątam sobie głowy innymi tematami. Czasami wolę mieć więcej czasu na swobodne odkrywanie, innym razem skaczę między różnymi tematami, a kiedy w jakiejś dziedzinie osiągnę zadowalające rezultaty, powracam do mistrza, aby przekonać się, czy rzeczywiście rozwijam się we właściwym kierunku.

– Dobrze usłyszałem, że twoją dzisiejsza lekcją jest pomaganie innym? Czy taki typ „lekcji” to u was powszechna praktyka?

– Fundamentalna, bardzo często do niej powracamy. Oczywiście nie chodzi tylko o pomaganie innym, jest to wielowarstwowe zadanie. Przez cały czas muszę kontrolować czystość swych myśli i emocji, altruizm w działaniu jest niezwykle praktyczną areną treningową dla charakteru. U nas generalnie wiele dziedzin życia przeplata się wzajemnie i tak samo jest w dniu pomagania. Przed powrotem do mistrza muszę zmienić ten dzień w opowieść, aby doskonalić umiejętność jasnego i kreatywnego przekazu. W opowieści tej powinienem zgrabnie zawrzeć informacje o tym, ilu osobom pomogłem, jak wielu mieszkańcom Kra-wedzi zaoferowałem swoje wsparcie. Następnie w przybliżeniu określam „wartościowość” każdej pomocy, a potem wszystkie te dane zestawiam w jednym działaniu, prezentując sprawność pomocy, której udzieliłem. A to jeszcze nie koniec, potem kolejno porównuję te wyniki z danymi z poprzednich dni pomocy, wizualizuję zebrane dane na grafie, w ten sposób je analizując, wyciągam wnioski i badam postępy. Jak widzisz, sztuka zbiega się z liczbami, a te prowadzą do badania owocującego we wnioski, nie wspominając o wszystkich tych manualno-praktycznych zdolnościach, które mogę rozwijać w trakcie niesienia pomocy. Powiedz mi więc, malutki przyjacielu, jak mógłbym ci dzisiaj pomóc. – Mimo że młodzieniec zwracał się do mnie protekcjonalnie, nie było to ani wyniosłe, ani niegrzeczne. Ten młody przedstawiciel Rasy najwyraźniej po prostu uważał to za właściwe postępowanie względem ludzi gór.

– W zasadzie to nie mam żadnego konkretnego celu, chciałem jedynie zobaczyć, jak wygląda miasto, poczuć tę moc widoczną z daleka.

– A jednak masz na szyi medalion, musi więc istnieć jakiś powód twojej wizyty. Nie chcesz mówić, twoja sprawa. W takim wypadku może zechcesz pomagać razem ze mną? Zwiedzimy sporą część miasta, a po drodze mógłbym ci opowiedzieć to i owo. 

– Świetnie, powiedz mi jeszcze, jak cię zwą, pomocniku – zgodziłem się.

– Na imię mam Kliwo. Najpierw pójdźmy do lecznicy, to zaraz obok, uzdrowiciel prawie zawsze ma dla mnie jakieś zajęcie. 

Po chwili weszliśmy do holu obszernego budynku usytuowanego tuż przy głównej drodze. W środku rosło pełno roślin, gdzieniegdzie latały owady, słychać było też śpiew ptaków. Z wewnętrznych pomieszczeń dochodziła do mnie natomiast melodyjna muzyka. Dobra energia tego miejsca od razu mi się udzieliła, stres i niepewność, które jeszcze przed chwilą odczuwałem, natychmiast ustąpiły.

Młoda kobieta o krótkich ciemnozielonych włosach siedząca na wprost drzwi rozpromieniła się na widok Kliwa.

– Dobrze, że jesteś. Słyszałam, że będzie dla ciebie jakaś robota. Poczekaj chwilę, Swiss pewnie będzie chciał porozmawiać z tobą osobiście. 

Dopiero w tym momencie wychyliłem się zza szerokich barków mojego nowego kompana, a wzrok kobiety przeniósł się na moją osobę.

– A któż to? Przyprowadziłeś chorego? Wiesz, że nasza medycyna nie zawsze jest skuteczna w przypadku ludzi gór. 

– Och nie, nic się nie bój. Ten tu jest zdrów jak górskie powietrze. Postanowiłem pokazać mu miasto.

– Rozumiem – odparła, po czym, zwracając się do mnie, dodała: – Tylko postaraj się niczego nie dotykać, to miejsce uzdrawiania.

– Oczywiście – odpowiedziałem z uśmiechem. – Czy póki czekamy, moglibyście mi opowiedzieć co nieco o tutejszej medycynie?

– Opowiedzieć? Skoro Kliwo jest twoim przewodnikiem, nie tylko się dowiesz, ale i wszystko zobaczysz na własne oczy. Swiss to najlepszy uzdrowiciel w okolicy – odrzekł energicznie młodzieniec, ukradkiem zerkając na recepcjonistkę. 

– Choroby nie są tu częste, kryształ jasności zapewnia nam zdrowie i ochronę. A jednak pod jego parasolem też zdarzają się trudne przypadki. Zresztą nasi współmieszkańcy przychodzą nawet z drobnostkami, dlatego skuteczny uzdrowiciel zawsze ma pełne ręce roboty. Nawet jeśli… – Nagle młoda kobieta przerwała, zamknęła oczy, a po trzech sekundach wstała, mówiąc:

– Swiss zaprasza do siebie.

*

– Sława, młody człowieku, kogo mi tu przyprowadziłeś? – zawołał medyk głośno i przyjaźnie, gdy tylko przekroczyliśmy próg wielkiej, jasno oświetlonej sali, w której urzędował. Swiss był sędziwego wieku, sądząc po siwych włosach, powiedziałbym, że był znacznie starszy niż wiekowy Mieszkaniec, jednak jego ciało aż tętniło dobrym humorem i życzliwym nastawieniem. 

– Poznałem tego górala przed chwilą, chciał zobaczyć miasto – odparł Kliwo.

Swiss obrzucił mnie przenikliwym spojrzeniem, jego doświadczone oczy przez chwilę badały mnie od stóp do głów, po czym uśmiechnął się i poprosił, abym wyciągnął ręce do przodu. Chwyciwszy me dłonie, zamknął oczy, jednak już po sekundzie je otworzył. Przez moment wydawało mi się, że dostrzegłem w jego oczach niepokój, szybko jednak został pokryty serdecznym uśmiechem.

– Wygląda na to, Kliwo, że sam do końca nie wiesz, z kim masz do czynienia. Przyprowadziłeś ze sobą nie górnika urodzonego w kopalni, ale wyjątkowo świeżego Przyślaka, który dopiero dwa dni temu pojawił się w naszym świecie. Do tego przybysz nie jest sam, komunikuje się naszą czystą mową przy asyście strachliwego, jak mniemam, duszka czasu, rezydującego teraz w gardle twojego kompana.

– Hej! Zapomniałeś wspomnieć, że jesteś z przyszłości?! – warknął na mnie Kliwo wyraźnie oburzony.

– Nie próbowałem tego faktu zataić, po prostu ten temat nie wyszedł w rozmowie, a jak sam dobrze wiesz, znamy się dopiero kilka minut.

– Oczywiście, nikt cię tu nie oskarża. Twoje dotychczasowe poczynania napawają mnie optymizmem. Musisz mieć łatwość w zjednywaniu sobie sojuszników. Mimo że przybyłeś niedawno, zaszedłeś już wyjątkowo daleko, a amulet, który masz na szyi, poprowadzi cię jeszcze dalej. Cieszę się, że mamy okazję się poznać. Cieszy mnie fakt, że w mrocznej przyszłości zdarza się czasami wykiełkować wartościowych ludzi. 

– Dziękuję za dobre słowa, znalazłem się tu przypadkiem.

– Przypadek to tylko dzieło Boga wymykające się naszemu rozumieniu – sprostował Kliwo.

– Pewnie masz rację – uciąłem, nie chcąc rozproszyć się kolejną metafizyczną rozmową, po czym wróciłem do tematu: – w każdym razie nie mam pojęcia, dlaczego tu trafiłem, ale korzystając z okazji, chciałbym poznać waszą cywilizację.

– W takim razie oprowadzę cię po mojej zdrowotni – zadecydował Swiss. 

Weszliśmy na poziomą część dwuelementowej windy, podobnej do tych widzianych przeze mnie na ulicach miasta. Prostokątna platforma uniosła się na wysokość około siedmiu metrów. Z góry dostrzegłem tuzin małych pomieszczeń o różnych kształtach znajdujących się po obu stronach obszernej sali. Szklane szyby na sufitach pozwalały zajrzeć do każdego z tych dwunastu niedużych pokoików.

– Są to izby leczenia, zwane życiodajkami. Każda z nich ma, jak widzisz, inny kształt. Leczenie w naszej kulturze niemal zawsze odbywa się na trzy sposoby: światłem, wibracją, przyrodą. Światło ożywia nasze organizmy, dodaje energii. Odpowiednio dobrana barwa światła użyta do naświetlania w pomieszczeniu o właściwym kształcie jest w stanie dostarczyć subtelną energię określonego spektrum świetlistości niezbędną do wyzdrowienia. Wibracja harmonizuje relację zachodzącą między duchem a ciałem. Wiele poważnych chorób wynika z wewnętrznego rozstrojenia, z braku jedności duchowo-cielesnej. Muzyka to najbardziej oczywista forma wibracji i zdarza się, że właśnie melodii dźwięków używam do leczenia. Przeważnie wibracja to jednak szum o określonej częstotliwości drgań, który dzięki niewielkim interwałom o specyficznej długości porządkuje głębokie struktury ludzkich organizmów. Szum ten nie jest tak piękny i złożony jak muzyka, ale w prostocie i konsekwencji tkwi jego moc uzdrawiająca. Przyroda to rośliny, woda, ziemia, minerały i inne produkty niestrudzenie stwarzane przez miłosiernie łaskawą Mokaję. Prawie każdy z produktów natury użyty we właściwy sposób w odpowiednich okolicznościach może uzdrowić, potencjał dobrodziejstw przyrody jest niemal nieograniczony, co czyni naturę najbardziej fundamentalnym remedium na trudniejsze przypadki choroby. Znajomość darów Mokai wymaga jednak nie tylko wiedzy, praktyki i zrozumienia, ale też nieustannej pomocy Opatrzności, która przyjmuje postać intuicji znachora. Uzdrowiciel bez intuicji, nieważne, jak mądry i doświadczony, jest tylko ślepcem. Zdarza się jednak, że intuicja zawodzi. Nikt nie jest nieomylny, nie sposób zawsze mieć rację, niestety – zakończył dość gorzko Swiss.

– Jeśli dobrze cię zrozumiałem, to zamykasz chorych w wybranej sali o odpowiednim kształcie, ustawiasz właściwą barwę światła, dobierasz do tego odpowiednią wibrację, która rozbrzmiewa w tej sali podczas kuracji, a wszystko to w symbiozie z leczniczymi właściwościami roślin czy innych skarbów przyrody. Jak dokładnie używasz roślin?

– To zależy od sytuacji. Może to być mikstura, napar, inhalacje, okład, płukanki, czasami wystarczy nawet sama bliskość rośliny lub kryształ w izbie podczas leczenia.

– Czy kryształy, o których mówisz, mają coś wspólnego z kryształem tworzącym piramidę nad miastem? 

– Wierzymy, że wszystko ma ze sobą coś wspólnego. Więc prosta odpowiedź na twoje pytanie brzmi: tak. Kryształ, który znajduje się w ognisku mocy, jest jednak wyjątkowy zarówno ze względu na swe pochodzenie, jak i właściwości. Na Ziemi znajduje się tylko kilka podobnych kamieni, przynajmniej jeśli wierzyć zapiskom staroksiąg. 

– Jaka jest skuteczność twoich kuracji?

– Nie chwaląc się, jest to niemal sto procent. Choć niestety w zeszłym roku jeden z moich pacjentów zmarł. Podejrzewam, że jego choroba wywołana była za pomocą czarnej magii, ponieważ był to wyjątkowo paskudny przypadek.

– Czarnej magii? Co masz na myśli?

– Nie mam z nią zbyt często do czynienia. Nasz Ród ma to szczęście, że żyje w dość bezpiecznej i świetlistej części świata. Z tego, co słyszałem, medycy Rasy z innych Rodów rezydujący bliżej równika muszą częściej mierzyć się z takimi problemami. – Swiss wyraźnie posmutniał, wspominając o pacjencie, którego nie potrafił uratować, dlatego postanowiłem nie drążyć tematu czarnej magii.

– Jak długo zajmuje ci zazwyczaj leczenie pacjenta?

– Jest to mocno indywidualna kwestia. Na znaczną część chorób wystarcza pojedyncza wizyta. Te bardziej złożone dolegliwości znikają po kilku lub kilkunastu sesjach, jednak nie zawsze już za pierwszym razem udaje mi się wybrać odpowiednią kombinację światła, wibracji i przyrody, co niestety przedłuża okres kuracji.

– A co, jeśli wybrana przez ciebie metoda leczenia nie przynosi efektu?

– Proste, to oznacza, że kuracja nie jest odpowiednio dobrana. – Swiss uśmiechnął się szeroko. – Nie ma chorób nie do wyleczenia, są tylko źle dobrane metody.

– Czy mógłbym zobaczyć, jak wygląda sesja lecznicza?

– Jak najbardziej, chętnie zaprezentuję ci naszą medycynę w praktyce, jednak nie teraz. Muszę poprosić twojego przewodnika o pewną przysługę. – Zwrócił się do Kliwa: – Zanieś, proszę tę wodę, korzeń cykorii oraz liście Seliandera na plac w pobliżu Kryształu. Następnie odpraw znany ci już rytuał, zmiażdż korzenie i liście w moździerzu, a potem dodaj je do wody i pozostaw w pobliżu epicentrum mocy na jedną percję. Wróćcie do mnie wieczorem, będę miał dla was wtedy więcej czasu. Sława waszym czynom! – W tym momencie ujrzałem, jak Swiss, podobnie jak jego asystentka kilka chwil wcześniej, nagle zamyka oczy, odchyla głowę do góry, a moment później powraca do normalności jak gdyby nigdy nic.

Kiedy wyszliśmy z lecznicy, moja ciekawość sięgała zenitu.

– Kliwo, mógłbyś mi wyjaśnić, co oni robili, kiedy tak nagle odpływali z zamkniętymi oczami?

– Ach, no tak, ty tak nie potrafisz. To forma komunikacji z najbliższymi członkami Rasy.

– Faktycznie, Felek wspominał, że tak potraficie.

– A kim jest Felek?

– Felek to najlepszy z najlepszych, mój zbawca i nauczyciel, któremu zawdzięczam me życie, bo gdyby nie jego wspaniałomyślność, niechybnie leżałbym teraz obok krzewu Egotek. – Wyczułem drapanie w gardle, to Felek trząsł się ze śmiechu. Od razu pomyślałem, że duszek upiększył moją wypowiedź o nim tak, jak uznał za stosowne.

– Masz na myśli duszka czasu, o którym mówił Swiss?

– Dokładnie, towarzyszy mi, od kiedy znalazłem się po tej stronie tunelu czasowego. 

– Możesz opowiedzieć mi więcej o surowcu, z którego tworzycie swe przedmioty i budynki? – To mówiąc, wskazałem na moździerz, który Kliwo niósł w ręku. Był wykonany z tego samego tworzywa co wszystkie zabudowania w mieście.

– To kreacja, hmm, czyli nie macie jej w przyszłości? To z czego wy tworzycie?

– Z metalu, z drewna, z kamieni, betonu lub plastiku.

– Budujecie z drewna? I Bogowie nie karają was za pozbawianie lasu wiecznej młodości?

– Jeśli karzą nas, to w sposób nieoczywisty – próbowałem odpowiedzieć wymijająco.

– Na pewno karają – odparł Kliwo z przejęciem, pewny swoich słów.

– Jak i z czego powstaje ta wasza kreacja? 

– Kreacja powstaje z woli stworzyciela.

– Masz na myśli Boga, Stworzyciela Wszechrzeczy? – Ich świat był pełen metafizyki i boskich mocy, dlatego było to moje pierwsze skojarzenie.

– Och, nie. Chociaż w zasadzie to tak, wszystko odbywa się z woli Boga, ale nie to miałem na myśli. Mowa tutaj o członkach Rasy, nazywanych stworzycielami ze względu na ich zdolności. Przyślaki mają swoje kopalnie, czyli miejsca bogate w złoża, z których wydobywają surowce. My mamy Sasy. Sas to miejsce, w którym gromadzi się substancja kosmiczna i ziemska. Stworzyciele spędzają dni w Sasach, gdzie tworzą przedmioty z kreacji. Tobie mogłoby się wydawać, że wydobywają oni coś z niczego, gdyż kreacja w atmosferze jest niewidzialna gołym okiem, lecz tak naprawdę robią to właśnie z eteru bogatego w pierwiastki substancyjne. 

– Jak wielu macie stworzycieli i ile macie Sasów?

– Wydaje mi się, że setki. Bycie stworzycielem to zaszczytne i odpowiedzialne zadanie. Stworzyciel jest permanentnie powiązany ze swoimi konstrukcjami. 

– Jakie właściwości ma kreacja? Z tego, co zaobserwowałem, jest niezwykle wytrzymała, nawet cieniutkie, milimetrowe warstwy kreacji utrzymują wielotonowe obciążenia.

– Z kreacją to jest tak, że najwięcej zależy od intencji, z jaką powstała. Kreacja może być miękka i elastyczna lub wytrzymała jak skała. Substancja może stać się dźwiękoszczelna, odporna na ciepło, przepuszczająca powietrze, ograniczają ją bardziej zdolności stworzyciela niż same właściwości elementów.

– Jak długo kreacja może przetrwać po wykonaniu w Sasie?

– To również zależy od klasy stworzyciela. Niektóre kreacje zaczynają się rozpadać już po jednym cyklu Ziemi, ale nie brakuje też solidnych, wytrzymujących w świetnym stanie niemal całe wieki. Po pewnym czasie jednak każda kreacja obraca się w nicość, rozpadając się na pojedyncze cząstki, z których została stworzona. 

– Czy stworzycielem zostaje się na całe życie?

– Nie znajdziesz u nas przymusu jak u ludzi gór. Mieszkańcy tego Rodu mogą dowolnie testować swoje życie. Dajmy na to, że Swiss, nawet mimo podeszłego wieku, postanowiłby zostać wojem. Nikt mu nie zabroni, a społeczność będzie starała się pomóc mu na drodze do tego celu. Oczywiście wszyscy woleliby, żeby dalej był uzdrowicielem, ale nie powinien robić tego wbrew sobie. Jeśli, dajmy na to, stworzycielka po pięćdziesięciu latach chciałaby zmienić swój zawód i spróbować swych sił jako poznajka, nikt jej nie powstrzyma. Oczywiście sukces w nowej profesji osiągnie, tylko jeśli będzie miała predyspozycje do właściwego wglądu w czas. Mimo tej wolności stworzyciele, prowadziciele, wiedzieje czy uzdrowiciele to istotne role w naszym społeczeństwie, dlatego zazwyczaj przypisane im zadania wykonywane są z pasją, miłością i uwielbieniem dla efektów tej pracy. Nie mamy tu pieniędzy, nikt nie pracuje dla bogactwa.

– Jednak na pewno istnieje jakaś forma wynagrodzenia za usługi i towary. Czym jest taka zapłata w świecie bez pieniędzy? – Felek mówił mi, że w grodach Rasy ekonomia przybiera jeszcze inny wymiar niż w osadzie, więc postanowiłem dokładnie wypytać mego przewodnika.

– W naszym Rodzie każdy ma listę rzeczy dla siebie potrzebnych. Może się na niej znaleźć wszystko, co przyjdzie do głowy autorowi danej listy. Od wody, roślin, kamieni, kreacji, budynków, terenów, run, ksiąg aż po patronat białej magii, zwierzęcego kompana i wiele innych.

– Lub jedzenie?

– Tak jedzenie też, chociaż pożywienia przeważnie nam nie brakuje.

– Dlaczego? Wyglądacie, jakbyście jedli całkiem sporo, w przyszłości nikt nie osiąga trzech metrów wzrostu.

– No tak, przecież ty nic o nas nie wiesz. Nie mam pojęcia, jak wygląda to w twoim świecie przyszłości, ale w dzieciństwie słyszałem, jak jeden Przyślak z kopalni mówił, że oni tam wszyscy jedzą codziennie, nawet po kilka razy w ciągu dnia. My – mieszkańcy Kra-wedzi – jemy tylko dwa razy na pełen cykl księżyca. Czerpiemy energię z pożywienia dokładnie w dni, gdy księżyc znajduje się w ciemni lub pełni. Mieszkańcy mniejszych grodów i osad niebytujących pod dobroczynną emanacją kryształu muszą częściej spożywać pokarm, aby uzupełnić energię. Jednak nawet wtedy większość członków Rasy je tylko raz na kilka dni.

– Czym jest ciemnia? 

– To wy też ciemni nie macie? Jaki dziwny jest wasz świat! Przez jedną noc w miesiącu niebo jest mroczne i niemal puste, tylko kilka słońc przyświeca z oddali, a księżyc znika niemal całkowicie w ciemności. Jest to dzień, kiedy z nieba płynie mniej energii. Utrudnia to pracę stworzycielom i uzdrowicielom. Dlatego ten dzień spędzamy na medytacji oraz pożywianiu się w gronie najbliższych, pobierając tego dnia energię z roślin i z towarzystwa. Pełnia to przeciwieństwo ciemni, jest to okres zenitu energetycznego stanowiącego dla nas okazję do świętowania. Wtedy również jemy w ramach celebracji, choć pożywiamy się znacznie skromniej niż w dniu ciemni. 

– Czyli jecie tylko dwa posiłki w ciągu całego miesiąca? W jaki sposób osiągacie tak pokaźne rozmiary i masę?

– Ta planeta pełna jest energii. Potrafimy umiejętnie z niej korzystać, maksymalizując absorbowanie mocy z atmosfery. Drzewa rosną potężne i silne, trwając w zdrowiu przez setki lat, a odżywiają się jedynie powietrzem, wodą, słońcem i zasobami ziemi. Nie wymyśliliśmy tego sami. Czujemy, obserwujemy i bierzemy przykład z odwiecznej przyrody.

– A co z piciem? Czy pijecie raz na pół roku? – Z jakiegoś powodu spróbowałem zadrwić.

– Dlaczego mielibyśmy pić tylko raz na pół roku? Pijemy każdego dnia. Woda jest esencjonalnym elementem życia prawie wszystkich istot na tej planecie. – Kliwo zdecydowanie nie zwrócił uwagi na sarkazm w moim pytaniu.

Mój przewodnik był wyjątkowo gadatliwy. Podejrzewałem, że w społeczności Rasy mało kto traktuje młodziana jako rzetelne źródło informacji, więc pewnie nieczęsto miał okazję wystąpić w roli autorytetu. Dzięki temu Kliwo był skory do odpowiadania na wszelkie pytania, których miałem niemało. Dlatego po drodze starałem się wypytać go o kulturę i zwyczaje Rasy.

– Słyszałem już kilka razy o wojownikach. Czy mógłbyś opowiedzieć, jak wygląda tutejsza armia?

– Musisz wybrać drogę wojownika. Jest to szczególnie trudna ścieżka i żaden człowiek nie powinien być przymuszany do obrania jej wbrew sobie. Większości ludzi walka utrudnia prawdziwe poznanie rzeczywistości, wymaga ciągłego balansowania na krawędzi moralności, nierzadko stawia woja przed trudnym wyborem mniejszego nieszczęścia. A jednak niektórzy członkowie Rasy mają w sobie ten pierwotny zew walki o przetrwanie jako dominującą cechę charakteru. Ryzyko, podejmowanie trudnych wyborów, niepoddawanie się strachowi – to właśnie te cechy pierwotnego męstwa drzemią w niektórych z naszych Rodaków. Wojownik, nawet zabijając i krzywdząc inne byty, może stąpać ścieżką oświecenia, a jednak jest to droga dużo bardziej skomplikowana. Margines błędu bywa minimalny, a mrok czai się na każdym zakręcie, przy każdej decyzji. Przyroda bywa brutalna, a siły ciemności agresywne. Musimy pilnować bezpieczeństwa wszystkich Rodów, dlatego wojownicy są tak ważni dla naszego społeczeństwa, a ich trening i nauki pobierane już po skończeniu dwudziestu pięciu lat to wyjątkowo rygorystyczna forma edukacji. Tylko mocno zahartowany charakter jest w stanie wybrać właściwą ścieżkę moralną w trakcie walki z wrogiem. 

– Jak wygląda wasza technologia, strategia militarna?

– Nigdy nie rozważałem drogi wojownika, nie czuję się kompetentny, aby odpowiedzieć na twoje pytanie.

– Jaką bronią walczycie?

– Walka odbywa się na kilku różnych płaszczyznach, jednak, mówiąc szczerze, jeśli jesteś tu od kilku dni, to pewnie nie wiesz jeszcze wystarczająco wiele o naszym świecie. Twoja percepcja na razie jest zbyt ograniczona, abyś mógł zobrazować sobie walki, jakie wojowie toczą w konfliktach z siłami ciemności.

Weszliśmy właśnie na wzniesienie i zbliżaliśmy się teraz do słupa świetlistej energii stanowiącego filar piramidy ochronnej Kra-wedzi. W najbliższym otoczeniu rosło kilka wielowiekowych drzew. Cały teren wzgórza porośnięty był wyjątkowo błyszczącą zieloną trawą, a śpiewające ptaki były ze sobą tak zsynchronizowane, że ich pieśń bardziej przypominała mi utwór profesjonalnej orkiestry perfekcyjnie wygrywającej kolejne nuty niż dzikie dźwięki natury. 

Moc kryształu musiała oddziaływać na wszystko, co żywe, nie tylko na ludzi. Słońce zaczęło już opadać w dół, choć do zmierzchu pozostawało co najmniej kilka godzin. Na wzgórzu przesiadywało wielu ludzi Rasy, skupiając się w mniejszych lub większych grupach. Byli zajęci rozmową lub medytacją. Choć Kliwo mówił, że jest to ich miejsce kultu, nie czułem ciężaru dogmatu, który nierzadko doskwierał znanym mi świątyniom, wręcz przeciwnie – panująca tu atmosfera była sielankowo-rewitalizująca. 

– Ja muszę zająć się swoim zadaniem, wykorzystaj ten czas na spacer po okolicy – poinformował mnie mój przewodnik.

Felek, znajdując się w moim gardle, rzadko się odzywał, ponieważ od komunikowania się z nim, gdy przebywał w moim ciele, pękała mi głowa. Choć duszek nie lubił pokazywać się publicznie, tym razem pewnie ze względu na święte miejsce, w którym się znajdowaliśmy, zrobił wyjątek. Unosząc się nad moją głową, powiedział:

– Felkowi nic tu nie grozi, więc udam się teraz do pobliskiej świątyni, przekazać Pramistykowi, com usłyszał w sieci duszków. Zostawiam cię na chwilę samego, wiesz już, co robić, jakby ktoś cię niepokoił, ale to miejsce to oaza spokoju, będziesz bezpieczny. Najlepiej odpręż się i ćwicz wyciszanie umysłu, a Felek zaraz wróci. 

*

Postanowiłem przybliżyć się do centralnego słupa energii, jednak zdawało mi się, że odbieram coraz bardziej niechętne spojrzenia ze strony Rasy. Być może obecność Przyślaka w ważnym miejscu kultu, nawet z medalionem Mieszkańca, działała im na nerwy. Porzuciłem więc swój pomysł i ruszyłem w stronę spadzistego klifu po zachodniej stronie wzgórza, aby tam, zgodnie z zaleceniami Felka, zrelaksować się w cieniu drzewa. Czułem, że przez bliskość kryształu przepełnia mnie moc, energia do działania. Cóż za wyjątkowe miejsce w tym wyjątkowym świecie! 

Nie zdążyłem jednak nawet spróbować wyciszyć mojego umysłu, gdyż w tym właśnie momencie ujrzałem, jak małe dziecko biegnie w kierunku stromej przepaści. Zadziałałem instynktownie, przebiegłem kilka metrów i rzuciłem się na dziecko, w ostatniej chwili łapiąc je na skraju skalistego klifu. Czułem, że mój czyn był heroiczny, spodziewałem się wdzięczności, ale ku mojemu zdziwieniu niemal od razu odebrałem dużą dawkę negatywnych emocji kierowanych w moją stronę. Ani się obejrzałem, a wielcy przedstawiciele Rasy dość brutalnie oddzielili mnie od malucha, po czym unieruchomili moje dłonie za pomocą jakiejś formy kajdanek.

Widząc całe zajście, Kliwo natychmiast podbiegł w moją stronę. Krzyczał coś, wyraźnie przejęty sytuacją. Musiałem coś przeskrobać, a to przecież on wprowadził mnie do miejsca kultu. Być może właśnie przysporzyłem młodzianowi sporo kłopotów. Bez asysty Felka nie rozumiałem ani jednego słowa z wrzawy, jaka powstała wokół mnie, w dodatku nie byłem w stanie wytłumaczyć szlachetności swoich motywów. O co im chodziło? Przecież uratowałem to dziecko! 

W tym momencie kątem oka ujrzałem, jak z tłumu nieopodal wybiega inny maluch i pędzi w stronę skalistej krawędzi, po czym wzlatuje w górę, a w zasadzie unosi się delikatnie na lekkim wietrze niczym liść. No tak… Mają tu latające dzieci, mogłem się domyślić. Czyli wcale nikogo nie uratowałem, a sądząc po reakcji zgromadzonych, zrobiłem coś wbrew ich prawom.

Milczenie nie poprawiało mojej sytuacji. Miałem wrażenie, że to, że nic nie mówię, tylko bardziej denerwuje wściekły tłum prowadzący mnie teraz ulicami miasta. Przemarsz w kajdanach trwał dość długo. Członkowie Rasy nie obchodzili się ze mną delikatnie, więc w trakcie transportu konkretnie się poobijałem. Wreszcie zostałem wrzucony do jakiegoś małego pomieszczenia z przeźroczystym sufitem. Po wysokości tego aresztu domyśliłem się, że musiała to być cela specjalnie dla Przyślaków, gdyż dorosły członek Rasy nie byłby w stanie się tu wyprostować. Minęła co najmniej godzina od momentu, gdy zostałem uwięziony, a Felek dalej się nie pojawiał. Czyżby duszek opuścił mnie na dobre? 

Musiałem nieźle namieszać. Nie mogłem zrozumieć, co mówił mój przewodnik, ale wydawał mi się zrozpaczony. Jednym impulsywnym ruchem pozbawiłem się nie tylko wolności, ale też sympatii i otwartości okazywanej mi dotąd przez Rasę. Być może swoją postawą naraziłem się również na gniew ich bogów. 

A mogłem zwyczajnie siedzieć na dupie i cieszyć się życiem. Nie zwykłem histeryzować, a jednak czułem, że zbiera mi się na płacz. W kulminacyjnym momencie mojego doła nad sufitem niskiej celi przystanął wyjątkowo ubrany przedstawiciel Rasy. Popatrzył na mnie z sakramentalną powagą. Z jego gardła wyskoczył Felek. Przenikanie przez ściany nie stanowiło dla duszka najmniejszego problemu, toteż już po chwili znalazł się obok mnie, a jegomość, który go przyprowadził, odwrócił się i odszedł bez słowa. 

 – Na chwilę nawet nie można cię zostawić? Jak dziecko, ech, jak małe dziecko. – Felek rozpoczął przemowę, którą słyszałem wewnątrz swojego umysłu.

– Ale Felku, ja naprawdę chciałem dobrze, myślałem, że ten malec spadnie w przepaść i roztrzaska się o skały.

– W miejscu mocy siła duchowa dzieci w stosunku do ich niewielkiej masy sprawia, że oddziaływanie grawitacyjne jest znacznie mniejsze. Zresztą trzeba było słuchać Felka. Powiedziałem ci, żebyś się odprężył. Czy skakanie nad przepaścią to twoja forma relaksu? Chciałeś przypodobać się Rasie, zgrywać bohatera, a przez własną głupotę złamałeś Boskie prawo, i to w miejscu kultu. Felek rozumie twoje śmieszne motywy, ale niełatwo będzie ci teraz pomóc. Nawet nie wiesz, jak trudno było mi tu dotrzeć, musiałem fatygować jednego z kapłanów. 

– Jakie prawo złamałem?

– „Nie będzie cudzoziemiec kładł ręki na dzieci wasze”, a co gorsza, „Praw w codzienności z wielką mocą przestrzegajcie, a ze szczególną uwagą miejsc mocy od występku i zepsucia brońcie”. Sprawa jest dość poważna, medalion Mieszkańca tym razem nie załatwi sprawy.

– Czy pramistyk, z którym rozmawiałeś, mógłby się za mną wstawić?

– Mistycy nie zajmują się sprawami ziemskich obyczajów. Musimy czekać na proces Rady Starszych, nic więcej poradzić nie zdołamy. 

Po kilku minutach użalania się nad sobą usłyszałem głos dobiegający z sąsiedniej celi:

– Cha, cha, aleś namieszał, bratku. Do południa schwytanie mnie było highlightem ich dnia, aż nagle wchodzisz ty, cały związany, z tą głośną hałastrą. Jak to mówią, głupota zawsze przebije brawurę.

– Kim jesteś?

– Wernygóra we własnej osobie. – W głosie zza ściany wyczułem sporą dozę cwaniactwa.

– Jestem w tym świecie dosłownie od trzech dni, więc twoja galopująca legenda jeszcze nie miała okazji mnie dogonić – zadrwiłem.

– Czyż nie? A jednak oto rozmawiamy. Zwą mnie Wichura, Wirnikodzieja, Leśne Dziecię.

– Brzmi nieźle, choć w dalszym ciągu zupełnie nic mi to nie mówi.

– To nie miejsce na tworzenie autobiografii. Pogadamy w lepszych okolicznościach, i tak za moment będziesz miał gości.  

Chwilę później po drugiej stronie drzwi mojej celi ujrzałem Swissa. Stary uzdrowiciel nigdy nie tracił humoru, nawet teraz uśmiechnął się od ucha do ucha. 

– Spotykałem Przyślaki, które potrafią się dopasować do otoczenia, wtopić w tłum i pozostając w cieniu, spokojnie chłonąć obcą kulturę – ty nie jesteś jednym z nich – zaczął.

– Przepraszam za całe to zamieszanie, nawet przez myśl mi nie przeszło, że mój czyn może zostać odebrany tak negatywnie. 

– Jeśli nie zrobiłeś nic złego, to nie warto przepraszać. A już na pewno nie mnie, ja się na ciebie nie gniewam. Nie martw się, mam dobre wieści. Udało mi się urozsądnić sytuację – nie zostaniesz zabity. – To, co usłyszałem, na kilka sekund odebrało mi mowę.

– To groziła mi śmierć… – wybełkotałem w końcu.

– Tak i to nagła, najpewniej już jutro.

– Widzę, że macie tutaj szybko działający system sprawiedliwości.

– Twoja wina była niezaprzeczalna, wszak tak wielu członków Rasy potwierdziło oficjalną wersję wydarzeń. W przypadku tak oczywistych spraw kara wymierzana jest możliwie jak najprędzej. Na szczęście zdążyłem przedstawić wyraźne argumenty na twoją korzyść.

– Pięknie dziękuję, dobry człowieku. Jak to zrobiłeś?

– Powiedziałem starszym o błogosławieństwie Mieszkańca, o twojej podróży przez tunel czasu, o duszku, który zazwyczaj lepiej cię pilnuje, a na koniec wyjaśniłem, że poznałem cię osobiście kilka godzin temu, z mojego polecenia znalazłeś się w pobliżu kryształu i na pewno nie miałeś złych intencji. Bogowie wpuścili cię do przeszłości, zostawmy więc im rozstrzyganie o twojej przyszłości. Tym zgrabnym argumentem końcowym przechyliłem szalę na twoją korzyść.

– Czyli zostanę wypuszczony na wolność? – zapytałem.

– Tak, jutro z rana, ale od razu zostaniesz odeskortowany na skraj piramidy. Świadomy czy nie, złamałeś dwa Boskie prawa, Ród może okazać ci łaskawość, ale tylko na odległość. Straciłeś swoje prawa w Kra-wedzi.

– Dzięki ci, Swissie, za okazaną mi dobroć i przepraszam za czas, który musiałeś poświęcić, by się za mną wstawić. Na pewno masz wiele spraw na głowie.

– Czas płynie myślą, a spokój trwa w miłości. Jedynie ubarwiłeś moment mego życia, nie masz za co przepraszać. Przyjmij tę ziołową mieszankę jako pamiątkę naszej znajomości. Arcydzięgiel, Stridada i Pyz-ha oczyszczą twoje myśli, zasilą ciało i uradują ducha. Sława Perunowi, On zna drogę!