Sławne Czasy Roberta Onetwo

Slawne Czasy

Robert Onetwo

Rozdział IX

Ocknąłem się równie nagle, jak zemdlałem. Wernygóra, używając swej mocy wichru, przenosiła mnie na prowizorycznych noszach w stronę jakiejś leśnej chatki, niezbyt wielkiej i trochę zaniedbanej, ale na pewno zamieszkanej, bo z komina unosił się dym. Byłem jeszcze trochę otumaniony, prawa noga w dalszym ciągu odmawiała mi posłuszeństwa, w dodatku teraz miała niepokojącą sinofioletową barwę. 

– Kogo licho niesie? – Usłyszałem skrzeczący głos. Stara kobieta, skurczona i wysuszona przez czas, zbliżyła się do nas powoli. – Wernygóro, to ty? Znowu jakiego gołodupca niesiesz? – To musiało być o mnie, przecież nie miałem ubrania.

Kiedy podeszła bliżej, okazało się, że skórę ma koloru jasnozielonego, a uszy też jakieś mało ludzkie, nie wyglądała ani jak przedstawicielka mojego gatunku, ani jak członek Rasy, a jednak cała jej postura zdawała się po trochu ludzka. 

– Że to się całkiem w matkę dziadostwo wdało, nie ma za grosz do chłopów podejścia. No patrzcie ją, Bogowie! Kolejnego placka do lasu przyciągnęła – lamentowała swym skrzeczącym głosem nieznajoma. – Co żeś tym razem zrobiła?

– Nic żem mu nie zrobiła, Fiklaki chciał zobaczyć, przygody zakosztować, to chyba teraz szczęśliwy, bo Fiklaki do końca swych dni pamiętać będzie – odburknęła Wernygóra. 

– A ty co? Po lesie wycieczki organizujesz? W pakiecie zwiedzanie i łamanie kości? Na co żeś go tu przyprowadziła? Wiesz, że gości nie trawię, a tym bardziej jakichś gołodupców, przybłęd. – Gadaniny nie było końca. – Żeby to chociaż raz był jakiś młodzian dostojny i powabny, a to zawsze placek, zawsze placek. – Biadoląc, niska starucha wróciła do swojej chaty tylko po to, żeby zaraz wyjść z niej z jakimś flakonikiem.

– No masz, placuszku, pij to, pij, Baba poradzi. Jak trwoga, to zawsze do mnie. – A potem zwróciła się energicznie do Wernygóry: – Coś się trafiła, Wichura, to ja nie wiem. – Po czym znowu wróciła do swojej chaty. – Dawaj tu gołodupca, na łoże klepnąć musi, bo zaraz się wszystkie muchy z lasu do niego zlecą – zaskrzeczała z wnętrza chaty. 

Położyły mnie na całkiem sporym i wygodnym łożu.

– Żebyś ty mnie chociaż czasami odwiedziła bez worka kłopotów pod pachą.

– Żyjesz na pustkowiu, otoczona Fiklakami, trudno tu trafić bez kłopotów. Nawet jeśli dzisiaj rano jeszcze ich nie miałam, to jakoś tak się dzieje, że im bliżej do ciebie, tym łatwiej na te kłopoty trafić.

– Patrzcie no ją, Bogowie! To teraz moja wina, żeś ty dla kaprysu mu nogę połamała? Fiklaki się ciebie boją nawet bardziej jak mnie, już ja czuję, żeś ty go mogła dwadzieścia razy wyratować. Za co ta kara? Gębę ma niewyparzoną czy w miłości nie domaga? – To mówiąc, rzuciła dość długie nostalgiczne spojrzenie na moje krocze. – Tobie zawsze coś przeszkadza, nigdy do nikogo przylgnąć na dłużej nie potrafisz. Ten też, jak tylko będzie mógł, to nogi za pas da, kto by z taką wichurą wytrzymać potrafił.

– Widzę, że zdrowie dopisuje. – Wernygóra postanowiła uciąć temat.

– A no źle widzisz w takim razie, kiedyś to ja byłam zdrowa, jurna i pomysłowa. Zdarzało mnie się trzy dni i noce oka nie zmrużyć, jak się robota ciekawa trafiła, a teraz to już babuleńka ze mnie, słabo widzę, kurczę się co chwila, życie ucieka, nie chce w takiej starej skorupie pomieszkiwać. 

– A jednak jak na swoje lata ciągle trzymasz się świetnie.

– Jak na moje lata? Że niby starucha wiekowa już ze mnie? 

– No już nie odwracaj drzewa korzeniem, dobrze wiesz, co chciałam powiedzieć.

– A kto was tam wie, wichury, ja ani twojej matki nie rozumiałam, ani ciebie. Latają po świecie, szukają Bogowie wiedzą czego, i po co? Zamiast na dupie klapnąć. – Wernygóra znowu przewróciła oczami. Wygląda na to, że staruszka potrafiła każdy temat szybko obrócić w narzekanie.

– Dasz radę go wyleczyć?

– Ja bym rady nie dała? Złamana w trzech miejscach, ale mikstur w spiżarce mam od pioruna, coś się znajdzie.

– Ile minie, zanim zacznie chodzić?

– A co ty mnie pytasz o takie rzeczy? Jakbym ja przyszłość znała, to bym na jagody poszła, żebyś mnie tu nie zastała. Spokój bym miała i słodkich jagódek cały koszyk. A tak tylko gołodupca mi Wichura przywiała. No już, szybko, szyj mu jakieś porcięta, trza go odziać, bo jeszcze mi w oko wpadnie, jak kolorów odzyska, he, he, he, hu, hu, hu – rozkaszlała się ze śmiechu.

– Leć no, Wernygóro, w te pędy nad staw, czeredy bagnistej mi narwij, to mu odkłady zrobimy, co by mikstura szybciej działała. 

Jak tylko Wernygóra wyszła z chaty, staruszka zwróciła się do mnie:

– A ty co, placuszek, taki małomówny? Toć ja widzę, że ty uszy prężysz, wszystko usłyszeć byś chciał, a gęba na kłódkę zamknięta.

– Dziękuję za pomoc.

– Dziękuj dopiero, jak chodzić zaczniesz, na razie to jeszcze dziękować nie warto. W tym momencie chwyciła moją powykręcaną nogę i energicznie wygięła ją z powrotem do pionu. Zawyłem z bólu.

– Na co żeś się Wernygóry uczepił, placuszku niewinny? Ona tylko kłopoty. Piękna jest i trudno się z nią nudzić, po matce taka, ale kłopoty przyciąga.

– Poznaliśmy się w areszcie – powiedziałem w gorączce, zanim zdążyłem ugryźć się w język.

– W areszcie? Pioruny! W areszcie się poznali? Nie no, jak romantycznie, to może wy jednak do siebie spasowani jak dwie krople wody.

– Trafiłem tam przypadkiem, nie zrobiłem nic złego – próbowałem się wytłumaczyć, czując, że rozmowa nie przebiega po mojej myśli.

– To by się zgadzało, trza być głupcem lub naiwnym, żeby przypadkiem w areszcie Rasy siedzieć. A tyś, wypisz wymaluj, i głupi, i naiwny. A na co mi się teraz po lesie włóczysz, problemów szukasz? Trza było w areszcie siedzieć albo w góry do swoich Przyślaków malutkich uciekać. 

– Tunelem z przyszłości kilka dni temu tu trafiłem. Wszyscy mi mówią, że to znak Bogów, bo tunel dawno zamknięty. Ciągle słyszę, że muszę być tu z jakiegoś powodu, tylko nikt nie wie z jakiego, a ja to już najmniej się w tym orientuję.

– Biedulinko ty moja, tobie każą tańczyć, to ty próbujesz, chociaż kroków nie znasz, a i muzykę ledwo słyszysz. To nie dziwota, że ty się ciągle w kłopoty pakujesz. Ale za to jak ładnie ty po naszemu gadać potrafisz. Duszka gdzieś tedy musisz pilnować. Och, jakbym ja chciała spojrzeć na niego. – Po tych słowach jej oczy chwilowo rozbłysły wielką mocą. Poczułem łaskotanie, to pewnie Felek zadrżał ze strachu. Nic dziwnego, i mnie to spojrzenie wydało się podejrzane.

– A teraz, kochaniutki, dam ci ziółek, po których odpłyniesz w długi i głęboki sen do krainy własnych fantazji, a ja będę mogła w spokoju powkładać twe kości na miejsce. 

*

Następne, co pamiętam, to jak kilkukrotnie budziłem się, by zaraz na powrót odpłynąć w sen. Zdawało mi się, że słyszałem, jak Wernygóra kłóciła się ze staruchą. 

Znowu nawiedził mnie osobliwy sen. Byłem w jakimś lesie, ale po drzewach od razu poznałem, że dla odmiany musiał być to las z XXI wieku. 

Tym razem nie słyszałem żadnych myśli, tylko odczuwałem, a to dlatego, że byłem wilkiem, jednym z wielu wilczurów należących do watahy. Nie miałem wpływu na swoje zachowanie, byłem niejako widzem ograniczonym do wilczej perspektywy. 

W pewnym momencie ktoś podrzucił do naszego stada bezbronne ludzkie niemowlę. Mimo że byłem wilkiem, zdawało mi się, że czułem empatię. Nie tylko ja, całe stado dzikich zwierząt zaopiekowało się ludzką przybłędą. Czas płynął szybko, a ja obserwowałem, jak maleństwo dorasta, zmieniając się w dziecko, a właściwie to zmieniając się w wilka. Czułem, jakby śniła mi się fabuła „Księgi dżungli”. Nie była to jednak powieść fantastyczna, w moim śnie dziecko nie zachowało nawet pozorów człowieczeństwa. Chodziło jak wilk na czterech nogach, warczało, szczekało i wyło do księżyca. Dokładnie tak jak inne wilki. Jak plastyczne potrafią być umysły! Umysł jest na tyle potężny, że wpływa na cały organizm. Kości dziecka rosły inaczej niż normalne, ścięgna, stawy i zęby również naturalnie dostosowały się do alternatywnego sposobu poruszania się i pożywiania. Dziecko było wilkiem. Dziecko było dzikie i w najmniejszym stopniu nieświadome własnego człowieczeństwa. 

Następnie czas poszybował daleko do przodu, a ja opuściłem swą zwierzęcą perspektywę. Wilcze dziecię musiało mieć już naście lat, jednak tym razem nie znajdowało się w lesie. Było zamknięte w klatce. Dokoła niego chodzili ludzie. Mieszkańcy wioski pełni troski i miłości próbowali nauczyć dzikusa słów, przemówić mu do rozsądku, zakładając, że uda im się dotrzeć do głęboko zagrzebanej ludzkiej części jego osobowości. 

Ja jednak, obserwując ich starania, w duchu wiedziałem, że są skazani na porażkę. Dziecko było wilkiem. Dorastało w otoczeniu wilków, a jego mózg w oparciu o swe neurony lustrzane pracował jak umysł wilka. Mijały kolejne lata, a dziecko, mimo że wyszło już z klatki, wciąż pozostawało dzikie, wciąż niezdolne było do komunikacji. Wolało chodzić na czterech kończynach, a każdej pełni uciekało w las i wyło do księżyca. Cóż za osobliwy sen.

Kiedy w końcu obudziłem się na dobre, babuleńka krzątała się po pomieszczeniu nieopodal mojego posłania. Jej leśna chatka składała się z trzech izb. Jedna była naraz kuchnią, salonem i laboratorium i w niej się właśnie znajdowałem, oprócz tego znajdowała się tu małych rozmiarów sypialnia oraz coś, co nazwałbym spiżarnio-graciarnią, choć jeśli mam być szczery, wszystkie pomieszczenia jak i ogródek były poważnie zagracone. 

– Pospał? – Od razu ucieszyłem się, że ją zrozumiałem. Zasypiając, obawiałem się o bezpieczeństwo Felka. 

– Udało się? Czy będę mógł chodzić? – zapytałem.

– A co by się miało nie udać? Jeszcze nawet tańcować będziesz. Teraz ino trzy dni leżeć potrzeba, co by się gira zaleczyć mogła. 

Spróbowałem wyjrzeć przez okno. Starucha od razu wychwyciła moje motywy.

– Wernygóry wyglądasz? To Wichura, ona by za nic trzech dni na dupie tu ze mną, starowinką, nie wysiedziała. Wróci do ciebie, jak ozdrowiejesz.

– Gdzie poszła? Co robi? Kiedy wróci?

– Spokojnie, placuszku, bo cię głowa od tych pytań rozboli. Mnie Wernygóra nigdy się zwierzać nie lubiła, to i nawet nie pytałam. Wiem tylko, że ty na razie leżeć plackiem musisz. Placuszek ma leżeć plackiem. Ha! Ha! – zaskrzeczała ochryple, opluwając mnie przy tym lekko. 

– Ale nieszczęście z tymi Fiklakami! – zawołałem rozgoryczony. – Śpieszyliśmy się, mieliśmy iść razem, a teraz jej nie ma.

– Może to nieszczęście, a może i szczęście? Skąd taki kocioł jak ty mógłby to wiedzieć? Złamał, to złamana, na co ci teraz myśleć o tym?

Niby miała rację i w jej słowach kryła się mądrość, a jednak zarówno sposób, w jaki mówiła, jak i cała jej aparycja były dla mnie mocno odpychające. 

– Dlaczego żyjesz akurat tutaj? – zmieniłem temat.

– A ty co? Księgi jakie piszesz, że tak się rozpytujesz starowinki o wszystko?

– Skoro nie mogę chodzić, to pomyślałem, że chociaż umilę sobie czas rozmową.

– Wielem głupich rzeczy w swym długim życiu robiła, ale żebym na starość miała czas gołodupcowi umilać rozmową, to nie myślałam, że będę. Mieszkam tu, bo strumyk blisko i nieproszonych gości mało, to i spokój mam w zwyczaju.

Wyczułem, że rozmowa o codzienności jest dla leśnej Baby ekstremalnie nużąca, więc postanowiłem znów zmienić temat.

– A czy mogłabyś z łaski swojej opowiedzieć mi o magii? Tutaj to chyba jakiś temat tabu, Rasa całkiem nie chciała o tym mówić.

– Magia to wszystko, co się wymyka powszechności, to i niewielu może, a jeszcze mniej lubi o niej snuć opowieści. Kreacja, mocolin, leczenie, to wszystko też magia, tylko tak popularna, że nikt w niej już magii nie dostrzega. Nie zaskoczy, nie porazi, bo codziennie się odbywa, to i do perfekcji opanowana okrzepła w świadomości wszystkich. Prawdziwa magia to ciągłe badanie, jak można przeróżne moce i energie wykorzystać. Jest niebezpieczna i nieprzewidywalna, dzika i wieloraka jak sama natura. Trza być oblubionym przez energię, czułym na moc, co by w ogóle móc troszkę własnej magii zakosztować. 

– Czy ty znasz magię?

– Tylko na tyle, co bym cię zmienić w Fiklaka mogła, jak ciągle rozpytywać będziesz. – Śmiejąc się ochryple, wyszła z izby.

Wróciła jakoś po godzinie. Miała w rękach kilka korzonków i kosz pełen liści.

– Czy to ty uczyłaś Wernygórę korzystania z mocy wiatru?

– A tfu, kto by tam miał cierpliwość, żeby tę wichurę czego uczyć. Sama się nauczyła, ale razem z jej matką pokazałyśmy jej podstawy i co nieco na początku ją poprowadziłyśmy, jak jeszcze bąblem malutkim była.

– Czy mogłabyś mi również pokazać podstawy?

– Phi. Ha, Ha. Tyś śmieszny, placuszku. Jak dupa, co by srać chciała, zanim jedzenie w gębie wyląduje. Tyś myślisz, że korzystania z tak potężnej mocy się możesz nauczyć? Jak ty nawet oddychać nie potrafisz.

– Nie potrafię? – zapytałem zdziwiony.

 – Świszczysz wte i wewte jak stara purchawa – zakpiła i zaczęła mnie parodiować. Wyszło jej raczej nieudolnie, choć i tak śmiała się przy tym niemało.

– Phi-phu-phi-phu. Jeszcze dobrze nie nabrał, a już wypuszcza. Phi-phu-phi-phu.

– W takim razie czy w swej łaskawości mogłabyś mi chociaż pokazać, jak powinienem oddychać? Będę tu kilka dni, przyda mi się jakieś zajęcie. 

– To mogę zrobić, bo już mnie głowa boli od tego twojego świstania wte i nazad. W oddychaniu nie rozchodzi się tylko o to, co by nabierać, a potem wypuszczać. Oddech jest jak muzyka, różne rytmy i akcenty dają inne efekty. Uświadomię ja cię co nieco, placuszku.

Sanoka – bo tak nazywała się starucha – faktycznie wiedziała sporo o oddychaniu. Jej metody różniły się od tych, które dwa dni wcześniej demonstrowała mi Wernygóra. Tym razem miałem jednak znacznie więcej czasu na naukę. Toteż uczyniłem z tego moje główne zadanie podczas rekonwalescencji. 

Ciągłe narzekanie zarówno Felka, Sanoki, jak i Wernygóry na moje oddychanie trochę mnie dziwiło, gdyż od początku pobytu w tym świecie miałem wrażenie, że ze względu na jakość powietrza oddycham tu znacznie porządniej, niż robiłem to w czasach swej teraźniejszości.

– Zacznij ty, placuszku, od tego, że zatykasz jedną ze swoich dziur w nochalu. Wdychasz z lewej, a wydychasz prawą dziurką, a potem wdychasz prawą dziurką, a wydychasz lewą i tak cały czas. Ćwiczenie jest po to, co by się myśli twe durne i intencje cherlawe już od początku wokoło oddychania kręcić zaczęły. Rób tak bez przerwy po dwadzieścia oddechów na każdą dziurkę w nosie.

Kiedy zastosowałem się do jej instrukcji, usłyszałem:

– Ale wolniej, wolniej, dużo wolniej. Coś ty taki wyrywny. To nie wyścigi, żeby jak najszybciej skończyć. W łóżku też taki z ciebie placek, że już końca doczekać nie możesz, zanim w ogóle zaczniesz? – Po czym dodała pod nosem, kręcąc głową: – Ech, pieruny z tymi Przyślakami, kto ich robił, kto ich robił. – I znowu głośniej: – Wolniej! Bo zara kija z pola przyniosę i będę po głowie łupać, co by rozumu wbić choć trochę.

Sanoka, choć wiedzy w swej głowie ewidentnie miała bez liku, za nic nie nadawała się na nauczycielkę. Brakowało mi jednak odwagi, żeby jej o tym otwarcie powiedzieć. W końcu byłem chwilowo jej gościem zdanym tylko na jej łaskę i miłosierdzie. Dlatego nawet pomimo niezbyt przyjemnych lekcji starałem się dać z siebie wszystko.

*

– I co, czuje placek trochę lepszy porządek w łepetynie? – zapytała po jakimś czasie Sanoka.

Nawet jeśli same techniki oddychania były skuteczne, to jej ciągłe biadolenie działało na mnie rozstrajająco, więc tak po prawdzie, nie bardzo czułem efekty.

– No to teraz już bez zakrywania dziurek w nosie. Siadnij na łożu, noga twoja pokiereszowana wadzić ci nie będzie. Wyprostuj plecy i wykonuj długie i powolne oddechy. Na początku każdego wdechu staraj się nabrać powietrza głęboko, aż do samych jajek, a potem kolejno zapełnić wyższe partie płuc. Jak płuca będą pełne powietrza, to zrób wydech powoli i bez żadnego wysiłku.

Próbowałem zastosować się do jej instrukcji, robiąc głębokie wdechy do dolnych partii płuc, kiedy nagle poczułem niespodziewane uderzenie w plecy. To Sanoka łupnęła mnie grubym kijem bez żadnego ostrzeżenia.

– Plecy proste! Przecie mówiłam, a nie siedzisz mi tu jak sparciały muchomor. Szkoda, że mnie się rozumny uczeń nie trafił, aj, szkoda.

Wyprostowałem plecy najlepiej, jak potrafiłem, i wróciłem do powolnego oddychania. Minęła raptem chwila, aż tu znów CHLAST! Dostałem kijem kolejny cios w gołe plecy, mimo że tym razem siedziałem wyprostowany.

– Za co tym razem?

– A co byś ty na zaś o plecach prostych pamiętał, bo ja do mego ogrodu iść muszę, siedzieć tu cały czas i pilnować nie będę.

Tyle radości sprawiła mi informacja, że starucha wychodzi i zostawia mnie bez swoich cennych wskazówek, że od razu zapomniałem o bólu. Przez następną godzinę próbowałem oddychać wolniej, kierując wolę i uwagę na każdy kolejny cykl wdechu i wydechu. Wtedy rzeczywiście poczułem w głowie większy porządek. Mój mózg zaczął lepiej odbierać sygnały napływające z wnętrza ciała. Poczułem, jakbym w niewielkim stopniu był w stanie rozprowadzać energię wewnątrz własnego organizmu. Po godzinie Sanoka wróciła sprawdzić, jak mi idzie.

– Legnij se teraz na łóżku i dalej oddychaj powoli jak przedtem. Połóż no ten płatek kwiatka zaraz pod ustami. Teraz musisz tak powoli oddychać, co by ten płatek ani nawet nie drgnął.

Z początku wydawało mi się to zadaniem nie do wykonania. Nieważne, jak wolno i z wyczuciem bym nie oddychał, płatek zawsze spadał na łóżko pod wpływem ruchu powietrza z i do mojego nosa. Aż do nocy nie udało mi się osiągnąć zadowalających rezultatów. Ponowiłem ćwiczenia w kolejnym dniu, a do swojego oddechowego treningu dodałem jeszcze te, o których opowiadała mi Wernygóra. Dziesięć godzin pracy nie poszło na marne, wieczorem w końcu osiągnąłem sukces. Oddychałem tak powoli i spokojnie, że płatek kwiatu pozostawiony pod nosem nie ruszał się z miejsca. 

Trzeciego dnia uzmysłowiłem sobie, że wolniejsze oddychanie naprawdę zharmonizowało funkcjonowanie mojego umysłu. Coraz mniej nieuporządkowanych myśli dostawało się do mojej świadomości. Również w kwestii słuchania potrzeb własnego ciała udało mi się poczynić postępy. Koncentrowałem się, aby jak najwięcej energii przesłać do prawej nogi, miałem dzięki temu nadzieję na szybszy powrót do pełni zdrowia. Starucha również zauważyła progres.

– No widzisz. Jak się dobra nauczycielka trafi, to nawet taki kocioł jak ty może się czego nauczyć. Tylko to potrzeba cały czas na właściwy oddech myśli kierować, a nie tylko jak się pierdzi w łóżko całymi dniami ze złamaną nogą.

– Moja kość goi się wyjątkowo szybko, dziękuję za twą pomoc – powiedziałem, widząc, że noga wygląda już znacznie zdrowiej.

– A co to, u was w przyszłości nogi wyleczyć nie potrafią? Girę całą ucinają czy jak?

– Potrafią, ale zajmuje to kilka miesięcy.

– A to pewnie ziółka złe dają, jak to tyle trwa.

– U nas leczy się specjalnymi lekarstwami, a nie ziółkami czy roślinami.

– Lekarstwami powiadasz? A co w nich takiego specjalnego, jak miesiącami leczenie trwa?

– Lekarstwa są w zasadzie podobne do roślin, tylko wytwarzane przez ludzi, a nie przez naturę.

– A to wy tam, Przyślaki, tak o sobie wysoko mniemacie, że nawet od Mokai na życiu i zdrowiu lepiej się wyznajecie? Ot, mędraki z was wielkie.

– Przy tworzeniu lekarstw nierzadko czerpie się inspiracje z natury, ale chemiczne leki są laboratoryjnie sprawdzone i dostosowane do potrzeb pacjentów. 

– I nie chorujecie wy wcale w przyszłości dzięki tym waszym specjalnym, sprawdzonym lekom? 

– Chorujemy. Jest wiele chorób zakaźnych, bo i ludzi są miliony w przyszłości, to się zarazki szybciej rozprzestrzeniają. 

– Sił mroku więcej i ludzie ciemni, to i choroby się panoszą – wtrąciła.

– To po prostu nauka, nie ma tu żadnej magii ani złych sił.

– Tak to placuszek myśli? A powiedz ty Babuleńce, czym jest choroba dla ciebie.

– To rozstrojenie organizmu, odchylenie od normy. Norma to stan zdrowia.

– Prawdę rzekłeś. A co tę chorobę powoduje? – pytała mnie dalej Sanoka.

– A to już trudno powiedzieć. Są wirusy, co się z ludzi na ludzi przenoszą. Są szkodliwe bakterie, co w organizmach się mogą namnażać. A jest też wiele innych powodów chorób, jak niewłaściwe jedzenie, brak snu i wiele innych przyczyn.

– A to wszystko od człowieka zależne?

– No tak, każdy ma inną odporność. Od organizmu i od środowiska, w którym żyje, wszystko zależy.

– A organizmy zawsze do zdrowia powrócić próbują i zdrowie zachować? – dopytywała.

– Tak, to jest automatyczna dyspozycja organizmu, jak oddychanie czy mruganie.

– I placuszek nie myśli, że dużo w tym od wiary zależy?

– Zależy od chemii w organizmie. Od układu odpornościowego i funkcjonowania wszelkich organów ciała. 

– A chemia ta od czego zależy?

– Od sposobu życia człowieka, od środowiska, od genów, od indywidualnych decyzji.

– A te decyzje i sposób życia, czy one nie z wiary się biorą?

– Tak, decyzje wypływają niejako z wiary w to, co uznajemy za słuszne, opłacalne, dobre. Ale można wierzyć głęboko, a i tak zdrowie stracić.

– Czyli to nie od samej wiary zależy, a tylko od słusznej wiary?

– No niby tak, ale wiara to tylko mały fragment całości.

– Wszystko to mały fragment całości. Czy wiara nie pierwszą przyczyną choroby jest wtedy? Z której nie tylko choroba, ale też wszystko inne w naszym życiu początek bierze.

– Idąc twoim tokiem myślenia, wiara w chorobę wzmacnia chorobę.

– Tak jest. A to placuszek inaczej myśli?

– Choroby zakaźne rozprzestrzeniają się w środowisku niezależnie od wiary.

– Czyż tak? A czy choroba nie jest powszechniejsza, gdy więcej osób o niej myśli?

– Jest, ale z innego powodu. Im więcej zarazków w środowisku, tym szybciej rozprzestrzenia się wirus.

– A ci, co chorzy nie są, ale myślą o wirusie, czy wpływu na niego nie mają?

– Żadnego – odpowiedziałem szybko i pewnie, lecz po chwili zacząłem myśleć o różnych chorobach gwałtownie rozprzestrzeniających się w społeczeństwie. 

Czy myśli ludzi nie wpływają na siłę wirusów? Czy epidemie nie zaczynają się w umysłach? Nie ma na to żadnych dowodów naukowych, przeczy to zdrowemu rozsądkowi, ale kto to może wiedzieć? Wszak tych chorób mogłoby nie być. Mogły zniknąć równie szybko, jak powstały, a jednak one wzmocniły się, a następnie rozprzestrzeniły. Wszystkim znanym mi z XXI wieku epidemiom wirusowym towarzyszyła potężna medialna nagonka. Opowiedziałem o tym Sanoce. 

– I jak wy sobie z takimi problemami, co to je wirusami nazywasz, radzicie? 

– Na najgroźniejsze choroby zakaźne najlepszym sposobem są szczepienia.

– A te szczepienia to co? Opowiadaj, placuszku, może ty i Babę czego mądrego nauczysz.

– Są choroby zakaźne, czyli takie, którymi jeden człowiek może zarazić drugiego. Żeby ludzie na nie nie chorowali, lekarze wstrzykują do ciała szczepionkę, czyli małą cząstkę choroby w połączeniu z innymi pierwiastkami. Dzięki temu organizm zyskuje odporność na daną chorobę.

– A to wielka mądrość być musi, jak wy sobie chorobę wstrzykujecie, co by nie zachorować. Mnie to, starej, trochę na paktowanie z siłami nieczystymi wygląda. Wy sobie trochę tego demona, tfu, wirusa wstrzykniecie, a on was za to w zdrowiu pozostawi.

– Najważniejsze, że jest to skuteczna metoda zachowania zdrowia i ratowania milionów ludzi – skwitowałem, gdyż porównywanie szczepionki do demonów nieczystych wydawało mi się absurdalne. Nie widziałem sensu, aby dalej ciągnąć ten temat.

– Toć dla was najważniejsze? Piętno choroby w siebie z własnej woli wstrzykujecie. A może wirus ten z Mokajowej mądrości się zrodził, bo was za dużo, Przyślaków, było? Wszak nie każdemu długie życie pisane.

– Czyli twoją radą jest, żebyśmy biernie umierali dziesiątkowani wirusem, bo może się w tym kryć Boska mądrość?

– Moja rada jest, żeby wiarę na słuszne zdrowie kierować, a nie pakty z wirusowym diabłem szczepionkami podpisywać.

– Życzeniowe gadanie. Łatwiej jest zaszczepić całe społeczeństwo, niż sprawić, żeby wszyscy w magiczny sposób wierzyć właściwie w zdrowie zaczęli.

– Łatwiej, sratwiej, placuszku, łatwiej, sratwiej. – Po tym końcowym argumencie starucha wyraźnie poirytowana wyszła z chaty. A ja znowu zostałem sam ze swoimi myślami i z oddechem.

*

Moja noga wyglądała już znacznie lepiej. Ból opuścił mnie zupełnie. Nie mogłem uwierzyć, że tak strzaskana kość mogła ozdrowieć w zaledwie kilka dni. No ale, co tu dużo mówić, zdecydowanie nie była to najdziwniejsza rzecz, jaka mi się przytrafiła w tym świecie. O róg mego łóżka opierały się dwa solidne kije. Starucha naszykowała je w swej troskliwości po to, „co bym mógł wreszcie się wynieść z jej samotni i więcej nie wracać”. 

Zanim się wyniosłem, chciałem jednak coś sprawdzić. Co noc do moich uszu dochodził piękny śpiew. Nie brzmiało to może tak niesamowicie jak koncert Wernygóry, ale i tak w przyjemny sposób każdej nocy muzyka odprowadzała mnie do snu. Trzeciego wieczoru postanowiłem przetestować moją niebolącą już nogę i z pomocą kul podążyłem w stronę źródła dźwięku. Poruszałem się dość pokracznie, ale noga wytrzymywała obciążenie. Kość najwyraźniej już się zrosła. 

Człapałem powoli w kierunku, z którego dochodziła melodia. Jak się okazało, chata staruchy znajdowała się nieopodal jeziora. To właśnie stamtąd po spokojnej tafli wody płynęła piosenka. Na jeziorze rozświetlonym blaskiem księżyca i gwiazd dryfowały duże masywne liście podobne do liści lilii wodnych, jednak były sporo większe i miały sześciokątny kształt, niczym plastry miodu. 

Na dużym centralnie ulokowanym liściu stała całkiem naga starucha z rozpuszczonymi włosami i z niewielkim podręcznym instrumentem, na którym przygrywała sobie podczas śpiewu. Widok nie należał do przyjemnych. Obwisłe, pełne ropni kilkusetletnie ciało nawet przy nastrojowej muzyce i świetle gwiazd wyglądało szkaradnie. A jednak stałem jak wryty, nie odwracałem wzroku. Nie mogłem uwierzyć, że ta piskliwie skrzecząca Baba potrafi śpiewać tak pięknie, raz za razem lekko i bez wysiłku wydobywając melodyjne i harmonijne dźwięki. 

Choć zbierało mi się na wymioty, gdy na nią patrzyłem, to jednak podszedłem bliżej, dochodząc do granicy linii drzew okalających jezioro. Na kamienistej plaży ujrzałem kilka znanych mi już wcześniej Żyjątek, które tańcowały do muzyki. Z czasem niektóre zwierzątka z plaży przeniosły się na kanciaste lilie wodne i tam kontynuowały swe radosne pląsy. 

Po skończeniu piosenki Żyjątka przeskoczyły na centralną lilię stanowiącą scenę Sanoki i zaczęły łasić się do staruchy. Zrelaksowany muzyką, odprężony z powodu faktu, że moja noga jest już w znacznie lepszym stanie, zawróciłem do chaty, gdzie szybko położyłem się spać.

Tej nocy znów śniła mi się moja przeszłość. Doświadczałem powrotnie wielu istotnych wydarzeń z różnych momentów swojego życia. Nie brakowało chwil pełnych frustracji, smutku, gniewu czy zwątpienia, ale zaraz po nich pojawiały się wspomnienia miłosnych uniesień, euforii, radości. Oglądałem te mnogie sytuacje niczym film. Choć miałem świadomość uczuć, jakie mi wtedy towarzyszyły, to jednak doświadczałem ich z boku, jakby z perspektywy widza. 

Wyraźnie czułem niegdysiejsze emocje, a mimo to nie wpływały one na moje obecne myśli i działania. Mój umysł pozostawał niezachwiany. Była to pierwsza noc od czasu wizyty u Pana, kiedy Kula Krwi wcale mi się nie przyśniła. Uznałem to za dobry omen. Uspokajanie myśli właściwym oddechem szybko przyniosło wymierne korzyści.