Sławne Czasy Roberta Onetwo

Slawne Czasy

Robert Onetwo

Rozdział II

Drzewa były olbrzymie i majestatyczne, z koronami na wysokości czterdziestu – pięćdziesięciu metrów. Powietrze zdawało się czerpać swój smak i energię wprost ze słońca. Oddychanie nim przynosiło większe orzeźwienie, ale też swego rodzaju nasycenie. Z radością celebrowałem każdy kolejny wdech, chciwie nabierając w płuca tę zmienioną życiodajną mieszankę atmosfery. 

– Smakuje, co? Oddychaj do woli, powietrze doda ci sił, część przybyszów potrafi nawet urosnąć kilka centymetrów pod wpływem tutejszego klimatu. 

– W moich czasach szczyty górskie nie były porośnięte drzewami.

– Mniej mocy w powietrzu lub – w twoim naukowym żargonie – mniej cząsteczek tlenu. Wszystko jest mniejsze, tak jak ludzie późniejsi są mniejsi od Rasy i mózgownice też mają mniejsze.

– Skoro niektóre Przyślaki żyją tu od tysięcy lat, czy pod wpływem długotrwałego wdychania tutejszego powietrza nie osiągają rozmiarów członków Rasy?

– Niemal wszystkie Przyślaki żyją w górach, w podziemnych jaskiniach. Tam jest ich świat, tam czują się jak u siebie.

– Czyli są skazani na życie w jaskiniach? Mówiłeś, że Rasa jest do nich pokojowo nastawiona.

– Mówiłem ci też, że w tym świecie żyje tak wiele stworów, że nie sposób je opisać. Ludzie z przyszłości znaleźli dla siebie dogodne warunki pod ziemią i tego się trzymają. Czy kret mógłby żyć wyłącznie na powierzchni? Jasne, jednak niemal wszystkie krety wybierają życie pod ziemią, to w zgodzie z ich naturą. Naturą Przyślaków, nie tylko tu, ale też w innych częściach naszego świata, jest drążenie kopalni. Wyrośli w epoce żelaza i dalej w niej trwają, tam, głęboko pod ziemią, są panami. Felek podejrzewa, że nie przepadają za konfrontacjami z Rasą, bo zbyt często odczuwają wtedy własną niższość. 

– Jeśli Rasa jest świadoma tego teleportu, to czemu nie postawi straży, aby pilnować swojego świata przed intruzami z innych czasów?

– Felek to właśnie taki strażak, ale robię to, bo chcę, bo to misja, jaką sam obrałem, nikt mnie nie zmusza. Dawno, wiele cykli temu, była kontrola, teraz jest zbyt mało gości, żeby się kłopotać. 

– Jesteś pewny, że nikomu nie udało się wrócić?

– Po co wracać? Tutaj życie bliżej życia, kto szuka jakości, ten nie odtrąci takiego daru, a kto nie szuka, ten nigdy tu nie trafi. Rasa pozwala zostać niemal wszystkim, oni szanują życie, więc każdy, kto życie wielbi, Boskich praw nie łamie i nauk przodków nie zapomina, może żyć na tej ziemi. Wojny między Rasą a Przyślakami nie było, mali ludzie wiedzą, że są tu gośćmi. Nawet jeśli są dumni i ambitni, to znają swoje miejsce na tym świecie. 

– Mówiłeś o kretach. Czy jest tu wiele zwierząt, które znam ze swoich czasów?

– Nie ma tu kretów jako takich. Są podobne istoty, które też drążą tunele w ziemi, ale to inne gatunki od tych tobie znanych. Felek użył słowa „kret”, gdyż znalazł je w twojej głowie i wydało mi się to trafną analogią. Pamiętaj, że przez cały czas będę próbował używać tobie znanych symboli. Felek dobrze widzi, że w twojej głowie bezwartościowych śmieci jest od groma, ale mimo tego i tak jestem zmuszony do korzystania z twoich wąskich zasobów – w celu tłumaczenia, i do komunikacji między nami.

*

Ptactwo wyśpiewywało dziką pieśń poranka. Te melodie składały się z dźwięków, których nigdy wcześniej nie słyszałem. Wszystko było większe. Niestety robactwo też. Najpierw zauważyłem niemal metrową włochatą gąsienicę, następnie ujrzałem, jak nieopodal ścieżki zapracowany szesnastonogi pająk wielkości gołębia tkał niebezpiecznie dużą, bo kilkumetrową sieć. 

– Nie bój się, pająki ludzi nie jedzą. No, chyba że głodne lub znudzone. – To mówiąc, Felek chwilowo rozświetlił się różnymi barwami.

– Więc to tak się śmiejesz? – zapytałem z uśmiechem.

– Wesołość to część życia. Żartowania mnie Przyślaki nauczyli, oni najbardziej do śmiechu i humoru przywiązani. 

Nagle rozejrzałem się niespokojnie. Usłyszałem w głowie głos inny niż Felka. Co znowu? Zwariowałem? Głos był cichy i aksamitny, spokojny i ponętny, a wołał do mnie tak: „Damy ci siłę, damy rozum, sprowadzimy bogactwo i powodzenie. Znajdziesz w nas smak, witalność i życia spełnienie”.

– Felku, czy ty też to słyszysz? Czy ja do reszty straciłem rozum? – wykrzyknąłem.

– Rozum masz na miejscu, ale ja nic nie słyszałem, tylko poczułem twój nagły niepokój. 

– Coś chce mi dać moc, siłę i bogactwo. Jakiś skarb woła mnie do siebie.

– Aaa, no tak, mogłem się domyślić. Felek stary, nie tak bystry jak dawniej. To Egotki, muszą rosnąć gdzieś w pobliżu. Chodź, poszukamy tych nieszczęść. Pokażę ci, na co musisz uważać – odparł.

Wiedziony intuicją po chwili znalazłem źródło nawoływania. Był to krzak sięgający mi ponad kolana, a na nim rosły czerwone, wręcz pulsujące czerwonością, jagody.

– Wyglądają apetycznie, co? Można by pomyśleć – kusząco smacznie. Ja ich nie słyszę. Nie tracą na mnie energii, bo i tak bym ich nie zjadł, ale ty to co innego. Ciebie pragną i pożądają.

– Jak to możliwe, że nawet jagody potrafią się ze mną porozumieć? W moich czasach telepatia to temat z książek fantastycznych, a tutaj, Felku, nie dość, że ty niemal dosłownie siedzisz w mojej głowie, to jeszcze jagody do mnie wołają. – Byłem coraz bardziej zdumiony.

– Pewnie wyda ci się to dziwne, ale to jest ta bardziej naturalna forma komunikacji. Życie komunikuje się z nami niewerbalnie znacznie dłużej, niż wy, ludzie, używacie swojego języka. Popatrz na zwierzęta, rośliny, owady, nawet te z twojego świata – choćby mrówki, pszczoły, wilki. W jaki sposób organizmy te tworzą tak świetnie zgrane kolektywy, choć nie potrafią mówić? Ludzie przyszłości też musieli mieć tę zdolność, a najpewniej mają ją nadal, ale nawet nie są jej świadomi. Nie szuka się niczego, czego byśmy wcześniej nie byli świadomi, prawda? Jak brakuje wiedzy o skarbie, to i mapy nikt nie tworzy. 

– Więc te jagody są niebezpieczne?

– Śmiertelnie niebezpieczne. Egotki to najlepsze wymyślone przez Felka słowo oddające ich charakter. Najbliżej będzie im do narkotyku, ale nie do końca. Narkotyki znane w twoim świecie zmieniają działanie mózgu, czasowo wprowadzają w umysł dysonans poznawczy. Jeśli skosztujesz tych jagód, Egotki spełnią wszystkie twoje pragnienia, będziesz królem, władcą haremu, dzielnym wojem, wszechmędrcem, ale tak naprawdę będziesz leżał pod tym krzakiem i powoli rozkładał się na czynniki pierwsze przez najbliższe sto dni, aż twoje ciało obumrze całkowicie i wyrośnie z niego nowy krzak Egotek. 

– Wystarczy, że zjem jeden owoc i wpadnę w trans trwający sto dni? 

– O nie, jedna doda ci siły, rozumu i energii. Ale da ci też chęć sięgnięcia po kolejną. Jeśli zjesz dwie lub trzy, twój los jest przesądzony, nie ma ratunku, nie ma odtrutki, na zawsze odpłyniesz w przepiękną krainę fantazji, zatracając się w przyjemności własnej śmierci. Lepiej unikać ich całkowicie, niewiele bytów jest dość silnych, aby po zjedzeniu pierwszej powstrzymać się przed sięgnięciem po kolejną. Są lepsze sposoby zwiększenia siły i energii. W tym świecie droga na skróty rzadko prowadzi do celu. Mądrość to między innymi świadomość, że osiągnięcie jakości wymaga czasu i dyscypliny. Nie brakuje wielu dróg skrótowych, ale kto naprawdę potrafi z nich korzystać, ten wie również, że lepiej ich unikać.

Szliśmy dalej po wąskiej niewydeptanej leśnej ścieżce. Słońce znajdowało się już nieco wyżej, a jego promienie przyjemnie rozgrzewały moją skórę.

– Potrafisz się wspinać na drzewa? – zapytał mój kompan po chwili milczenia.

– Mogę spróbować. Czy na drzewach też czyha na mnie jakieś niebezpieczeństwo?

– O ile nie zrobisz drzewu krzywdy, możesz być spokojny.

– A co, jeśli przypadkiem ułamię którąś gałąź? Niech zgadnę, pewnie zostanę zrzucony przez gadające drzewo – zażartowałem. 

– Twoje zamiary i wola są kluczowe. Jeśli przez przypadek, pomimo starań i uwagi, złamiesz gałąź czy zabijesz robaczka, nic ci się nie stanie. Lecz kiedy celowo będziesz ranił i zabijał naturę, to lepiej wiedz, że las nie zapomina.

Nie bez wysiłku udało mi się wspiąć na wysokość kilkunastu metrów. Cóż to był za piękny widok. Drzewa, polany, jeziora, jak okiem sięgnąć, dzika natura. Pierwotna moc tych terenów wprawiała w zadumę. Przez myśl przeszło mi pytanie, czy nasza przyroda też mogłaby tak wyglądać, gdyby nie szkodliwe działania i chciwość ludzi. Rozejrzałem się i w oddali dostrzegłem miejsca, gdzie teren został wykarczowany.

– Komu las nie zapomni tego karczowania? – zapytałem.

– Przyślaki, choć nie niszczą lasów dla zabawy, to jednak traktują drzewa jako surowiec potrzebny do funkcjonowania ich podziemnych kopalń. To kolejny powód, dla którego mali ludzie najbardziej lubią siedzieć pod ziemią. Las nie zapomina, dlatego w lesie nie mogą czuć się bezpieczni. A może to wyrzuty sumienia odpychają ich od bliskości drzew, kto wie?

Z drugiej strony po horyzont rozciągały się mniej lub bardziej zadrzewione pagórki. Daleko, daleko widać było niziny. Na skraju pasma górskiego dostrzegłem osadę.

– Czy to tam zmierzamy? 

– To miasto kupieckie. Tak jak Felek już wspominał, mali ludzie z gór stronią od kontaktów z Rasą, ale handel jest dobry dla wszystkich. Ziemia ma swoje mnogie skarby, które Rasa chętnie skupuje. 

– Czym handlują? Mówiłeś, że mali ludzie tkwią w epoce żelaza, czy zatem wykuwają broń, karabiny dla Rasy?

– Phi, karabiny? Większość z obecnych osad podziemnych tworzą społeczności będące tu od tysiąca, a nawet dwóch tysięcy cykli. Przeniosły się w te strony na długo przed ekspansją znanej ci technologii wojennej. 

– Sam mówiłeś, że chociaż zdarza się to rzadziej, to nawet sto lat temu w dalszym ciągu przybywali tu przybysze z przyszłości… czy oni nie próbują przekazać wam wiedzy i osiągnięć naszej cywilizacji?

– Za kilka dni pewnie sam zorientujesz się, jak błędna jest logika leżąca u podstaw twojego pytania. Zaufaj Felkowi – ani Rasa, ani społeczeństwa Przyślaków nie darzą szacunkiem waszych „osiągnięć”. 

– W takim razie na czym opiera się handel? 

– Rasa jest zainteresowana kamieniami szlachetnymi wydobywanymi głęboko pod ziemią oraz wszelkiego rodzaju pyłami magmowymi, na które natkną się górnicy. Mali ludzie mają niepohamowany apetyt, wymieniają więc podziemne skarby za pożywienie, miody, lekarstwa, zioła i wiele innych różności. 

Zszedłem z drzewa i ruszyliśmy wprost do tętniącej gwarem doliny. Po drodze miałem jeszcze kilka okazji do obejrzenia przedziwnych okazów fauny i flory. Najbardziej spodobały mi się niezbyt wielkie jak na tutejsze realia stworzonka, których tułów był okrągły, pokryty jasnobrązowym futrem i miał około pięćdziesiąt centymetrów średnicy. Z tułowia zwisały bardzo długie ręce. Stworzonka te nie miały nóg – gdy znajdowały się na ziemi, wykorzystywały swoje długie ręce do niezręcznego człapania jak na szczudłach. Brak dolnych kończyn rekompensowały im pięknie błyszczące fioletowe skrzydła wyrastające z grzbietu. Stworki, używając swoich długich rąk, huśtały się między gałęziami, a będąc w powietrzu, latały od drzewa do drzewa.

– Jaką nazwę ma to zwierzę? – zapytałem Felka.

– W mowie Rasy tłumaczonej na twoje zgłoski brzmi to trochę jak „CHLYSZUUABO”, ale Felek będzie wymyślał nazwy na podstawie twojego słownictwa, co by łatwiej było ci je zapamiętać. Tutaj nasuwa się Felkowi nazwa „Kuloty”. To niezwykle przyjacielskie i spokojne stworzenia, które żyją w większych lub mniejszych stadach w wielu lasach. Większość Kulotów jest dzika, jednak niektóre jednostki ze stada odznaczają się wyjątkową inteligencją. 

Gromada Kulotów wyraźnie nami zaciekawiona podfrunęła na odległość kilku metrów, pląsając przed nami niemal do rytmu pieśni śpiewanych przez ptaki. Wystarczył jeden mój gwałtowny ruch w ich stronę, a spłoszone zniknęły w gęstwinie drzew. 

– Jak na przyjacielskie stworzenia nie są zbyt ufne – zauważyłem. 

– Spora część lokalnych istnień potrafi wyczuwać energię, która pośrednio znajduje odzwierciedlenie w twoich myślach.

– Moja energia im się nie spodobała, dlatego uciekły?

– Przecież pomyślałeś „ciekawe, czy uda mi się któregoś złapać”. Energia tej myśli była chciwie egoistyczna, więc możliwe, że właśnie to je spłoszyło. Nie przejmuj się, i tak podleciały dość blisko. Gwarantuję, że nie każdy Przyślak może liczyć na tak serdeczne przyjęcie. 

Kolejne pół godziny marszu przebiegało bez większych sensacji, aż nagle usłyszałem w głowie dziwny piskliwy jęk Felka. Zanim się obejrzałem, mój towarzysz już znikł i trząsł się teraz w moim gardle. Szybko dostrzegłem, co tak nastraszyło mojego przewodnika, że uciekł, zostawiając mnie sam na sam z istotą absurdalnie wstrętną, wcale niewyglądającą na zwierzę. Niełatwo jest opisać byt, który spotkałem na swojej drodze. To coś wyglądało jak pełzająca kałuża koloru czarnego, która powoli przesuwała się po leśnej ścieżce. 

Dynamicznie uskoczyłem na bok, nie odrywając wzroku od tego złowrogo wyglądającego gluta. Twór ten, choć nie miał oczu, musiał być jakoś świadomy mojej obecności, gdyż po chwili zmienił swoją strukturę. Z kałuży stał się czymś w rodzaju słupa mazi, wzbijając się na wysokość półtora metra ponad ziemią, i wydał z siebie przeraźliwy ryk pomieszany z piskiem. Wydzielał przy tym obrzydliwy odór. 

Zamarłem, nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Czarna maź wykonywała ruchy tak szybko, że ucieczka wydawała się daremna. Usłyszałem, jak ptaki i zwierzęta podrywały się w popłochu. W mojej głowie pojawił się wyjątkowo cichy szept Felka: „tylko spokojnie”. Nie byłem spokojny. Moje serce waliło jak dzwon, ale stałem nieruchomo i patrzyłem. Po dość długo trwającej chwili stwór opadł na ziemię i popełznął w tym samym kierunku co poprzednio. Najwyraźniej nie byłem dla niego dość interesujący. 

Co prawda na miękkich nogach, ale i ja przeszedłem do porządku dziennego i ruszyłem w swoją stronę. Gdy zrobiłem kilkadziesiąt kroków, Felek znów pojawił się nad moją głową.

– Kolejny dowód twojej wielkiej odwagi, Felku – zakpiłem.

– Możesz się nabijać, ale to właśnie dzięki brakowi odwagi Felek żyje od tysięcy lat.

– Co to właściwie było? Nieźle się wystraszyłem.

– To Apor, obrzydliwy byt. Tobie nie był w stanie zrobić krzywdy, mnie połknąłby bez ostrzeżenia, gdybym w porę się nie schował. Potwór ten żywi się energią, jestem więc dla niego wyjątkowo smacznym posiłkiem. 

– Co jeszcze, prócz dobrych duszków, pochłania ten kleks?

– Wszystko, co martwe. Apory konsumują resztki energii wydzielające się z martwych drzew, zwierząt czy robactwa. Im więcej śmierci w lesie, tym szybciej Apor przybiera na rozmiarach. Sam jednak jest niezdolny do zabijania istot organicznych, morduje tylko duchy energii, dlatego wiedziałem, że sobie poradzisz. 

– Możesz mi opowiedzieć więcej o tutejszych potworach? Skąd się biorą? Jak je rozpoznać?

– Och, długo by opowiadać, nie chcę znów przeciążyć twojego mózgu. Zdaj się na swoją intuicję, a będziesz wiedział, kiedy masz do czynienia z siłami nieczystymi. Na twoje szczęście pojawiłeś się w wyjątkowo jasnej części świata.

*

– SŁAWA PERUNOWI! – Usłyszałem okrzyk pozdrowienia, który padł z ust wysokiej, chudej postaci wspinającej się na sąsiednie wzniesienie.

– SŁAWA! – odkrzyknąłem pod wpływem impulsu, jakby takie pozdrowienie to była dla mnie codzienność. 

– Felku, czy to członek Rasy? Wygląda na dość dużego – zapytałem cicho mojego przewodnika.

– Tak, zostałeś właśnie pozdrowiony, potraktuj to jako dobry omen.

– Czy członkowie Rasy również potrafią komunikować się ze mną bezpośrednio?

– Z tobą raczej nie, ale ze sobą nawzajem potrafią, choć wcale nie z każdym. Członkowie Rasy mogą prowadzić umysłowy dialog tylko z najbliższymi, czyli z rodziną, wiernymi towarzyszami przygód, wieloletnimi przyjaciółmi lub osobami o wyjątkowo zbliżonej częstotliwości energetycznej. Ale nawet wtedy takie połączenie nie zawsze jest aktywne, dostęp do komunikacji wymaga koncentracji, skupienia i miłości. Duszki jak ja są dużo lepsze w niewerbalnych rozmowach. Dawno temu duszki uczyły Rasę, jak maksymalizować te zdolności.

– Ten przedstawiciel Rasy powiedział do mnie „Sława Perunowi”. Czy to znaczy, że ci ludzie Rasy wyznają tych samych bogów co bogowie z mitologii słowiańskiej, o której kiedyś czytałem?

– Powiem ci to raz jeszcze. Mam nadzieję, że tym razem zrozumiesz i zapamiętasz. Felek używa słów z twojej głowy. Rasa faktycznie wysławia gromowładne Bóstwo, które niejako tożsame jest z twoim wyobrażeniem Peruna. Ale mógłbym w tym miejscu zmienić to imię na Dzeus, Zeus czy Odyn. Jest to tylko słowo – symbol, który ma za zadanie ułatwić nam komunikację i pozwolić ci chociaż na fragmentaryczne zrozumienie świata, w którym się znalazłeś. 

Felek przerwał na chwilę, po czym dodał:

– Dlatego właśnie forma komunikacji werbalno-myślowej charakterystyczna dla was, Przyślaków, jest tak ograniczona. Zbyt mocno utożsamiacie się ze słowami, traktując je jako esencjonalnie istotne. A w rzeczywistości słowa nigdy nie będą w stanie oddać prawdy. Słowa to tylko symbole, które nie mogą być równoważne poznaniu rzeczywistości, świadomości czystego pojmowania.

– A jednak Rasa również komunikuje się, używając słów. Sam mówiłeś, że komunikacja telepatyczna jest mocno ograniczona. Czyli przedstawiciele Rasy muszą, podobnie jak my, używać języka.

– Tak, to prawda, używają. Ale są to istoty bardziej rozumne, więc mają świadomość, jak ograniczoną rolę w wymianie percepcji odgrywa werbalna forma komunikacji. W waszej Przyślakowej historii było wiele konfliktów wywołanych głównie z powodu różnych symboli. Jedni wyznawali Boga Jahwe, drudzy Boga Allaha i różnica w przyjętych symbolach i dogmatach była wystarczającym powodem do mordów i agresji, tak jakby mogło istnieć tylko jedno słuszne wyobrażenie Boga. Popularność to dla was symbol jakości. Powszechność to symbol rozsądku. Och, jak płytcy ludzie w tych czasach mroku powyrastali, och, jak ciemni… – Felek przerwał swe narzekanie w pół zdania. – Ktoś idzie, lepiej schowam się do twojego gardła. – I wcale nie pytając o zgodę, wskoczył do mojego gardła. 

Znów poczułem delikatne łaskotanie, jednak odczucie to szybko minęło, mój organizm musiał powoli przyzwyczajać się do obecności tego dziwnego gościa w moim przełyku. 

W moją stronę szło dwóch mężczyzn. Obaj byli nieznacznie niżsi niż ja, to musieli być więc potomkowie ludzi, którzy tak jak ja dostali się tu tunelem czasocyklowym. 

– A ty coś za jeden w takim dziwnym wdzianku? – zapytał pierwszy z mężczyzn. 

Moje ciuchy z XXI wieku faktycznie wyglądem odbiegały od ich ubioru.

– Handlować nową odzieżą się zachciało? Uważaj, bratku, bo te wielgachne ważniaki coraz cwańsze się robią, naciągać nas, wydobywców, próbują – dodał. 

– A jaki on wydobywca? Patrzaj no na niego, ręce ma jakieś cherlawe – rzucił drugi, bacznie mnie obserwując.

– Macie rację, jestem Rob, żaden ze mnie wydobywca, tego ranka pojawiłem się w tym świecie – przyznałem.

– Tfu, a to tunel znowu ścierwem pluje? Myśleli my, że zamknięty już na sztywno, tak dawno nikt z przyszłości się nie pojawił. A tu mówisz, że w roku 12 971 gość się pojawił? Zapraszamy do nas, opowiesz, co za durnoty tym razem wymyślili ludzie w przyszłości.

– Za dużo słońca i swobody mają te Przyślaki, to i durnieją. Weszliby pod ziemię, to by się zaraz właściwych zwyczajów nauczyli – dodał szybko drugi.

– Dziękuję wam za zaproszenie, ale najpierw chciałbym zobaczyć, jak wygląda osada.

– W takim razie droga wolna, najlepiej udaj się do Mieszkańca, ale gwarantuję, że szybko obrzydnie ci podejście Rasy, a wtedy wrócisz do nas z podkulonym ogonem. Nigdzie takiego życia nie zaznasz jak u nas, w szczepie Janokosów.

– A prawda to, prawda. Sam dobrze nie wiem, co lepsze – trunki czy kobiety w naszych podziemnych komnatach. Jak się roboty nauczysz, to i jednego, i drugiego ci nie zbraknie. 

– Dobra, zostaw go, Aspir, widzisz przecie, że nowego świata ciekaw, a my robotę mamy, szkoda stać i mielić jęzorem, słońce wszak nie staje. 

– Słońce wszak nie staje – odparł jego kompan, po czym obaj ruszyli w drogę wartkim tempem.

Ja również poszedłem żwawym krokiem, ale w przeciwnym kierunku. Już po chwili Felek znowu lewitował obok mojej głowy.

– Felku, dobrze słyszałem, rok 12 971? To ty mi mydlisz oczy przeszłością, a ja z 2019 roku jestem! Więc wychodzi na to, że jestem ponad dziesięć tysięcy lat w przyszłości, a nie w przeszłości.

– Ty głupi! Myślisz, że wasz kalendarz, wasza wątła cywilizacja, przetrwa dwanaście tysięcy lat? Tu inaczej cykle liczą, za początkową datę obrane zostało ostatnie zbliżenie Światowida.

– Światowida, czyli boga, w którego wierzyli Słowianie? 

– Dobrze, że nawet w twoich przyszłych latach cosik o Światowidzie gadają, ale nie do końca.

– No tak, to kolejny symbol – dodałem szybko, trochę zażenowany, że po raz kolejny nie załapałem od razu, o co chodzi Felkowi. 

– Światowid to planeta poruszająca się po wielkim kole całej naszej galaktyki. Większość planet ogranicza swój ruch jedynie do okrążania słońc, tworząc stałe układy słoneczne. Słońca te również nie są w spoczynku – krążą na orbitach galaktyki wokół Wszechsłońca. Światowid to planeta wyjątkowa. Jej orbita przechodzi przez setki, jeśli nie tysiące innych układów słonecznych. Światowid stale zasilany jest światłem Wszechsłońca z samego centrum naszej wielkiej galaktyki. Okrążenie swojej okołogalaktycznej orbity zajmuje tej planecie dwadzieścia siedem tysięcy czterysta ziemskich cykli. W tym czasie Światowid dwukrotnie odwiedza Ziemię oraz wiele innych planet, na których również kwitną liczne formy egzystencji. Życie na Ziemi zakwita właśnie za sprawą kreatywnej ingerencji Boskich istot zamieszkujących Światowida. Opiekują się one innymi planetami, porządku w galaktyce pilnują. Gdzie mogą, tam dobro sieją, a zło zwalczają. Pradawne podania głoszą, że to właśnie ze Światowida pochodzi Rasa. Dla odróżnienia goście ze Światowida Bóstwami lub Rasą Wielką są nazywani, gdyż dzięki nieustannemu działaniu energii Wszechsłońca tysiące razy potężniejsi w swych mocach i rozmiarach są od szczepu Rasy, który tę naszą ziemię zamieszkuje. Felek przerwał na moment, a po chwili kontynuował opowieść:

– Setki tysięcy lat temu przedstawiciele Rasy Wielkiej zeszli ze Światowida i zamieszkali w tym Układzie Słonecznym. Z kolejnymi pokoleniami tracili większość ze swych boskich niemal mocy, rezygnowali z potęgi, aby w trosce o pielęgnowanie życia nowy świat kolonizować. Co trzynaście tysięcy siedemset ziemskich lat Światowid powtórnie odwiedza nasze Słońce. Jednakże cykle czasu pomiędzy dwoma kolejnymi odwiedzinami są swoimi przeciwieństwami i dopiero razem składają się na jedno duże koło, które trwa dwadzieścia siedem tysięcy czterysta lat. Okres od pierwszej wizyty do drugiej to okres światłości. Energia Wszechsłońca zasilająca ruch Światowida wokół galaktyki przepływa wtedy przez Ziemię, rozświetlając nocne niebo. Zasila to światło, życie, wzmacnia przyrodę, mrok w ryzach utrzymać próbuje. Drugi cykl trudniejszy jest dla losów Ziemi, przez kolejne trzynaście tysięcy siedemset lat tylko nikłe promienie Wszechsłońca na tę planetę docierają. Koniunkcja gwiezdna niekorzystna jest wtedy dla jasności i dla rozwoju życia na Ziemi. 

– Czyli co, wszystko wtedy umiera? – zapytałem.

– Niedokładnie. Choć przyroda nadal dysponuje mocą rozmnażania się i rozrastania, to jednak w tym niekorzystnym okresie znacznie cięższą batalię stoczyć musi. Ciemności więcej, chłodu i mroku wszędzie pełno. Plugastwo się szerzy i kontrolę przejmuje. Dlatego właśnie Rasa żyje zgodnie z Boskimi prawami i zwyczajami swych przodków. Buduje jak najwięcej dobra, ładu i harmonii, aby w konsekwencji swych działań mieć dość mocy do przetrwania w trudniejszym okresie mrocznego koła. Widziałem w twojej głowie wiedzę o yin i yang, można odnieść ten symbol do dwoistej podróży Światowida. W cyklu jasnego koła, który trwa obecnie, zło też jest obecne, a jednak dobro dominuje, w okresie mrocznego koła zaś to mrok przybiera na sile, ale dobro bytów i moc przyrody opiera się ciemności najlepiej, jak potrafi, wyczekując kolejnej wizyty Światowida i powrotu do cyklu jasności. Ciemność zawiera w sobie promienie słońca i nadziei, a życie od początkowego stadium rozkwitu aż do końca nosi w sobie śmierć. Przeciwległe bieguny życiodajnych mocy przeplatają się wzajemnie, gdyż jeden pozostaje zawsze w relacji do drugiego w ramach Boskiej jedności. W naszych czasach zło niezaprzeczalnie istnieje, nie jest to raj ani utopia. A jednak w większości jest to zło jawne i widoczne, gdyż pada na nie światło właściwego poznania, rozróżniania dobra i zła.

– Słyszę, że wiesz bardzo dużo na ten temat. Czy możesz mi opowiedzieć, co zdarzyło się podczas ostatnich odwiedzin Światowida? – poprosiłem.

– Nie jest to wiedza pewna, były to czasy tak dawne, że niewiele bytów mogłoby je pamiętać. Mówi się, że walka straszliwa musiała zostać stoczona, tyle plugastwa na Ziemi było, że sam Perun gromowładny ład zaczął przywracać. Kiedy wytępili większą część armii ciemności, na odchodne podarowali Rasie siedem kryształów mocy oraz właściwe przykazania. Na świecie po dziś dzień rządzą Boskie prawa i obyczaje. A jednak cykl jasności bardzo powoli się kończy. Siły ciemności zyskują na wpływach, przygotowując się do przesilenia, zaciskają pętlę kontroli nad coraz większą liczbą bytów. Powoli i metodycznie, wiek po wieku, próbują zepchnąć Rasę z dobrej ścieżki wytyczonej przez praojców. 

– Jeśli dobrze rozumiem wasz kalendarz, to okres jasności powoli dobiega końca. Światowid jest już tylko kilkaset lat od swojej wizyty w tej części galaktyki, a po niej rozpocznie się nowe koło zwiastujące tysiące lat mroku, czy tak?

– Dokładnie tak. Przyjdą trudne czasy, nikt dokładnie nie wie, co się wydarzy, a ty jesteś owocem zmian, które nadeszły. Kolejnym z wielu dowodów na to, że pradawna ścieżka została w przyszłości praktycznie całkowicie zapomniana. Oczywiście nawet wśród Rasy nie brakuje głosów, że wszystko to, co ci Felek właśnie opowiedział, to tylko brednie. Niektórzy mówią, że nie ma czasów mroku, nie ma Światowida, a wszystkie te opowieści to bajki rozpowszechniane ku uciesze starców i małych dzieci. Felek jednak wierzy, Felek długo żyje, sam dużo informacji odebrał, zbyt wiele, by to ignorować.

– Skąd wiesz tak dużo na ten temat, skoro od dwóch tysięcy lat siedzisz w górach i pilnujesz portalu?

– Dobre duszki nie mają ciała, mięśni, oczu ani uszu. Tylko dostęp do informacji. Wiem wiele, bo taka moja rola w tym świecie.

– Hmm, w moich czasach informacja to największy skarb. Jako skarbnica wiedzy musisz być niezwykle ważnym bytem. Dziwi mnie, że skoro masz takie zdolności, to Rasa nie chce trzymać cię blisko siebie, aby móc korzystać z twojej wiedzy i doświadczenia. Zwłaszcza że, jak sam twierdzisz, jesteście na krawędzi kryzysu.

– Rasa szanuje wolność, wolność to fundament życia. Jeśli pod pretekstem walki z mrocznymi siłami Rasa odebrałaby Felkowi wolność, to wtedy siły ciemności tylko by zyskały na mocy. Próbując pokonać je podstępem, nikczemnością lub oszustwem, niszczymy własne dobro. Każdy konflikt tylko wzmacnia mrok, Rasa wie, że jeśli chce zachować światłość, musi walczyć rozważnie. 

– Jeśli nie możecie walczyć ze złem, to jak możecie je pokonać?

– Niektórzy walczyć muszą, to i walczą, ale robią to wolni wojowie mający w sobie honor, dobro i Boską łaskę. Felek żaden żołnierz, więc Felek robi to, co sam czuje, że warto. Nikt portalu nie pilnował, to Felek wziął to na klatę i daje radę. Wszyscy trwający w prawdzie przodków, krocząc ścieżką dobra, na swój sposób też walczą. Walczą w każdym momencie, aby nie dać się skusić ponętnym siłom ciemności. Każdy, kto nie odczuwa w sobie tej walki ten już w niewoli mroku. Wszyscy inną walkę toczą. Matki dzieci swe kochają, wiedzieje starożytne moce roztaczają, Baby złe duchy przepędzają, drzewa naturę lasu umacniają, wody, płynąc, energię życia z gór do nizin transportują, ptaki witalną melodię wygrywają, a góry… góry mur bezpieczny stanowią i schronienie dla Przyślaków. Wszystko to walka, żadna nie jest ważniejsza od innej. Każdy, kto dobro w sercu nosi, ten po równo się do słusznej walki dokłada. 

Zadumałem się chwilę nad tym, co właśnie usłyszałem, po czym zapytałem duszka:

– Jak w jasnych czasach rodzą się siły ciemności? 

– Wydaje się Felkowi, że pierwotna esencja mroku nie z tego świata pochodzi. W cyklu jasności mrok jest za słaby, by jawny konflikt wywołać, ale zarazem zbyt przebiegły, by całkowitą klęskę ponieść. Niektórzy z armii ciemności, Szarymi nazywani, zupełnie do Rasy upodobnić się potrafią, każdy z kolorów skóry różnych Rodów Rasy przybrać mogą. Swych szpiegów w szeregi dobra wysyłają, a następnie ci agenci wymyślają najsprytniejsze sposoby na to, jak to społeczeństwo u podstaw podburzyć. Wiele twarzy i wcieleń mrok posiada. Są poczwary przebrzydłe, co jadem swym plują, lub takie, co krwią Rasy się żywią. Są wreszcie w lasach bestie dzikie, co też w jakiś sposób mrokiem zainfekowane zostały i terror sieją wśród zwierząt i roślin. A nawet kościeje, truposze zasilić armie ciemności mogą, dlatego przykazanie jest, by zmarłych palić na ceremonii pożegnalnej. Wtedy prochy trafiają do Matki Ziemi, energia z Dziecięciem Wiatru się łączy, a dusza do Ojca Wód powraca. 

– Jeśli palicie zmarłych, to skąd wzięły się kościeje?

– Wiadomo nie od dzisiaj, że Szarzy po ludziach pochowani obyczaje zmieniać próbują, wiarę i medycynę na złe drogi spychają. Raz im się przebiegłym fortelem udało namówić jeden Ród Rasy, by zmarłe ciała w ziemi grzebali. Po kilku pokoleniach tysiącami kościeje z ziemi powychodziły, by grody wszędzie dookoła pustoszyć. Sławna batalia z tego wynikła, dawne to dzieje jednakże. 

Na tym skończyliśmy rozmowę. Zbliżaliśmy się do osady, którą wcześniej dostrzegłem z drzewa.